środa, 24 lutego 2016

„Cyfrowa Twierdza” - Dan Brown

Hej hej!
Nie wiem dlaczego mam taki dziwny nawyk odkładania recenzji na później. Cyfrową Twierdzę czytałam na początku września, ale postanowiłam do niej wrócić dopiero pół roku później. Jak to mówią lepiej późno niż wcale.

   Jest to pierwsza książka Dana Browna wydana w 1998 roku. Kultowy technothriller, który zachwyca i z pewnością będzie zachwycać miliony czytelników na całym świecie przez długie lata.

   Genialna Susan Fletcher, szefowa działu Krypto zostaje wezwana do siedziby Agencji Bezpieczeństwa Narodowego z powodu pewnego problemu, bowiem Agencja ta posiada Translator - potężny komputer, który jest w stanie złamać każdy szyfr w czasie kilku minut. Jednak japończyk Ensei Tankado postanawia oszukać to jakże inteligentne urządzenie, tworząc algorytm, którego nawet Translator nie może złamać. Z tego powodu nazwano go właśnie Cyfrową Twierdzą. W akcji udział bierze również narzeczony pani Fletcher - David Becker. Z całym oddziałem NSA próbują rozwiązać problem, który okazuje się bardzo niebezpieczny.

Ona jest aniołem, pomyślał. Szukał w jej oczach nieba, ale znajdował tylko śmierć.To była śmierć zaufania.

   Dan Brown ma w zwyczaju umieszczać w swoich książkach zaskakujące zakończenia, o których przeciętny człowiek nawet nie pomyślał. Z resztą nie tylko zakończenia, wszystkie wydarzenia sprawiają, że nawet nie chcę się domyślać co będzie dalej, bo po prostu wiem, że nie mam racji. To samo tyczy się całej fabuły. Niebanalna kombinacja thrilleru z matematycznymi i miłosnymi wątkami. Bohaterowie stworzeni są tak, że powstaje wiele możliwości kombinacji fabularnej... ale którą wybrał autor? ☺

   Akcja książki jest dosyć szybka, ale nie na tyle, żeby przeszkadzało to w czytaniu. Co więcej, przerywanie rozdziału w najciekawszym momencie i przechodzenie do zupełnie innego wątku czasem wychodzi na dobre. Nie brakuje oczywiście ciekawości i napięcia. Brown dostarcza tego wszystkiego powoli, małymi porcjami. nie przesadzając oczywiście z wysypaniem wszystkich możliwych emocji na papier, bo nie o to przecież chodzi. 

„Gdy się zatrudnia najlepszych, niekiedy pojawia się problem... mogą okazać się zbyt dobrzy.”

   Przeciętny czytelnik raczej nie będzie miał problemu z przeczytaniem tej pozycji. Gorzej może być z wybitnym informatykiem, szczególnie gdyby był to człowiek o słabych błędach. No cóż, Brown popełnił kilka błędów z dziedziny matematyki informatyki czy kryptologii. Pomieszał on prawdziwe fakty naukowe z własnymi „teoriami” nie do końca prawdziwymi. Plus do tego taki, że fabuła nie pozwala na skupianie się na błędach. Zwykle człowiek dowiaduje się o nich dopiero po przeczytaniu całej książki, albo jak ja, przez pisanie recenzji.

   Wcześniej wspomniałam, że fabuła jest zaskakująca i nieprzewidywalna, a bohaterowie dosyć oryginalni i intrygujący. Racja, szczególnie dla tych, którzy do tej pory nie mieli styczności z Danem Brownem. Jednak czytając inne jego książki, bez trudu można zauważyć duże podobieństwa bohaterów i wątków fabularnych. Ale spokojnie, emocje zostają te same, prawie zawsze. Bo wiadomo, większości możemy się już faktycznie domyślać i snuć teorie, które się sprawdzają. Jednak takie już jest upodobanie autora, które niestety trochę zawodzi czytelnika.

„Jeśli używasz siły, masz do czynienia z przeciwnikiem. Jeśli przekonasz go, by myślał tak jak ty, będzie twoim sprzymierzeńcem.

   Zachwycił mnie przede wszystkim spryt z jakim wszystko się dzieje. Postacie nie są banalne... w większości. Fabuła zaskakuje i ma w sobie chyba wszystko co można przypisać naprawdę dobrej książce. Błędów logistycznych raczej nie ma i czyta się tę powieść bardzo szybko i przyjemnie. Także mogę spokojnie powiedzieć, że prędzej czy później pojawią się tutaj recenzje innych książek Dana Browna.

poniedziałek, 15 lutego 2016

"Maybe Someday" Colleen Hoover

Witajcie!
Dzisiaj trochę o książce autorki dosyć znanej. Szczerze to sięgnęłam po nią zupełnie przypadkowo. Stała sobie samotnie na półce bibliotecznej i aż mi się jej szkoda zrobiło. Zaadoptowałam chwilowo i zabrałam do domu. Zaczęłam czytać bez żadnych recenzji, opisów z okładki czy rozmów z innymi czytelnikami. Wątek miłosny wpasował się do miesiąca zakochanych i z racji, że wczoraj były te piękne i opłakane Walentynki, zamieszczam tutaj tę recenzję!

43346157404ac3982ed002cc4f1c56ec_1920x1080    Hoover podbiła serca czytelników powieścią Hopeless. Nic dziwnego. Książka młodzieżowa, w której nie brakuje humoru i smutku. Maybe Someday również doczekało się swojej wielkiej kariery. Podziwiam w Colleen to, że z klasycznego wątku miłosnego, muzycznego, jakiekolwiek innego potrafi stworzyć coś oryginalnego przez dodanie jednej, małej rzeczy, która ma wielki wpływ na odbiór całej historii. Jednak fabuła pozostaje nadal trochę... szablonowa. Autorka, z tego co widzę, jest bardzo dobrą pisarką, chociaż nie mogę tego jednoznacznie stwierdzić, bo nie czytałam pozostałych książek Hoover, dlatego wzoruję się na tej jednej. Mam nadzieję, że z resztą jest podobnie, bo jeśli tak to z chęcią sięgnę po kolejne pozycje.

    Ridge, muzyk, gra na gitarze, tworzy niesamowite utwory. Codziennie ćwiczy na balkonie podczas gdy Sydney z mieszkania niedaleko przysłuchuje się jego twórczości i tworzy teksty do jego utworów. Nic chyba dziwnego, że się spotykają i zaczynają wspólną pracę? Jednak wtedy ich życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Colleen Hoover porusza dosyć częsty temat. Chodzi mi tutaj o zdradę, bo wokół niej głównie kręcą się wydarzenia.





Chcemy być wolni, żeby móc się kochać, ale na przeszkodzie stoją nam nieodpowiedni czas i lojalność. Oboje wiemy, czego chcemy, ale nie wiemy, jak to osiągnąć. Czy raczej: kiedy to osiągnąć.

   Dobra. Po pierwsze gdyby nie notka o ścieżce dźwiękowej stworzonej specjalnie do tej książki, nie otworzyłabym jej, ale oddałabym ją znowu do biblioteki. Spodziewałam się jakiegoś powera, a otrzymałam spokojną i relaksującą muzykę. Nie powiem, klimat był fantastyczny i świetnie pasował do książki, a teksty piosenek potrafiły mnie nawet wzruszyć.
(Oczywiście piosenka na dole posta)

   Książka jest pisana na zmianę z punktu widzenia Ridge'a i Sydney. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim i utrudniło mi to nieco ogarnianie wątku, ale da się przeżyć. Z drugiej strony czyta się bardzo szybko, bo autorka oszczędziła sobie zbędnych opisów. Trudno było mi się też przestawić na bardziej potoczny język. Poprawny, ale potoczny. Nie jest to zła cecha, ale dla mnie to kolejna nowość.

Nauczyłem się jednak, że sercu nie można nakazać, kiedy, kogo i jak ma pokochać. Serce robi, co chce. Od nas zależy najwyżej to, czy pozwolimy naszemu życiu i głowie dogonić serce.

   Fabuła jest dosyć schematyczna. Tajemniczy początek, trudne przeżycia, a na końcu piękny happy end. Jeżeli miałabym jednoznacznie stwierdzić czy poruszyła mnie od środka, odpowiedziałabym, że zdecydowanie nie. W większości wszystko było przewidywalne. Nie żałuję jednak, że to przeczytałam. Dobrze czasem wziąć się za coś luźnego.

   Szczerze mówiąc, postać Sydney również była nieco przeciętna. Nie znalazłam w niej cech wyróżniających ją na tle innych. Ridge? O Ridge'u mogę powiedzieć to samo. Całe zesteawienie bohaterów było typowe dla książek młodzieżowych. Brakowało mi tego o czym mówili mi inni, gdy rozmawiałam z nimi o tej książce. To już kwestia gustu, a jak to mówią o gustach się nie dyskutuje.

   Żeby nie było nie tylko krytykuję. Okładka bardzo mi się spodobała. Na górze w prawdzie jest wersja oryginalna, bo jest zdecydowanie ładniejsza od polskiej. Nie zmienia to faktu, że i tak oprawa graficzna jest doskonała. Spokojna i harmonijna. Może nie wyraża emocji niektórych czytelników, ale świetnie komponuje się z oprawą muzyczną i fabułą.

   Tak jak już wspomniałam, wstawiam jedną z piosenek stworzonych do tej książki. Akurat na święto zakochanych ♥


niedziela, 7 lutego 2016

"Zabić drozda" - Harper Lee



   Cześć i czołem!
Od dawna ta recenzja za mną chodzi i męczy mój umysł. Muszę przyznać, że długo zabierałam się do pisania, ale kończyło się tym, że zamiast Zabić drozda recenzowałam inne książki. Więc nie przedłużając...

   Główną bohaterką i zarazem narratorką powieści jest siedmioletnia Jeane Louis zwana Skautem. Mieszka w Alabamie w hrabstwie Maycomb. Książka jest podzielona na dwie części. W pierwszej poznajemy brata Jeane - Jema, ich ojca Atticusa oraz przyjaciela Dilla. Dowiadujemy się również dużo o pozostałych mieszkańcach Maycomb, ich mentalności i poglądach. Nie brakuje też wątku grozy i tajemnicy. Tajemniczy Arthur "Boo" Radley jest dla dzieci bardzo zagadkową postacią. Pani Lee wplata w to również sytuację w Stanach Zjednoczonych w latach trzydziestych XX wieku. Wszechpanujący rasizm ogarnia ludzi, toczy się "wojna" pomiędzy białymi, a czarnymi. Druga część skupia się bardziej na sprawie murzyna, Toma Robinsona, oskarżonego o zgwałcenie białej dziewczyny Mayelli Ewell. Atticus Finch ma bronić Toma w tej właśnie sprawie.


Myślę, że jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie."

   Zabić drozda To antyrasistowska powieść, która przedstawia sprawę tolerancji w Ameryce w ubiegłym wieku. Powieść przyniosła Harper Lee ogromny sukces, a w 1961 roku została nagrodzona Pulitzerem. Pani Lee wspomina, że tworząc bohaterów, wzorowała się wątkami z własnego życia. Wiadomo, że w dzieciństwie przyjaźniła się z Trumanem Capote, autorem Śniadania u Tiffany'ego. Jego osobę umieściła w postaci Dilla.

   Nie ulega wątpliwości, że rasizm jest tutaj głównym wątkiem. Dzieciństwo bohaterów zostało przerwane przez sprawę gwałtu, tolerancji i nienawiści. Początkowo nie byłam nastawiona do tej książki pozytywnie. Co takiego siedmioletnia dziewczynka może wiedzieć o tak poważnych sprawach? Książka napisana jest w ten sposób, aby nie trudno było zauważyć, że opisywane wydarzenia to tylko wspomnienia Skaut z dzieciństwa, a opowiada ona wszystko z punktu widzenia dorosłej osoby. Prawdziwe życie poznała przez sprawę sądową i dowiedziała się, że rasizm to chyba najgorszy wynalazek ludzkości. Rzecz wymyślona przez człowieka i wymierzona przeciwko człowiekowi.

„Drozdy nic nam nie czynią poza tym, że radują nas swoim śpiewem. Nie niszczą ogrodów, nie gnieżdżą się w szopach na kukurydzę, nie robią żadnej szkody, tylko śpiewają dla nas z głębi swoich ptasich serduszek. Dlatego właśnie grzechem jest zabić drozda.”

   Skąd tytuł? Autorka wyjaśnia, że tym właśnie drozdem jest to co w człowieku najlepsze. Nic dziwnego, że grzechem to zabić i stłamsić, zostawiając człowieka pustego.

   Muszę przyznać, że wszystko jest ze sobą tak pięknie zgrane i harmonijne. Bohaterowie są bardzo oryginalni, każdy ma swoje wady i zalety, nie ma uwydatniania jednej, pięknej, albo okropnej cechy. U każdego można zauważyć i dobre i złe strony. Mamy swoich ulubieńców i wrogów, nie brakuje łez i śmiechu. Jeżeli szukacie luźnej książki na oderwanie się od rzeczywistości to generalnie odradzam, bo Zabić drozda zostaje w umyśle na długi czas.

   Miałam trochę wątpliwości co do języka. Niby nic takiego, wszystko poprawnie, a jednak czyta się dłużej niż się może wydawać. Dopiero później zauważyłam w tym dobre strony. Skupiałam się bardziej na szczegółach i przeżywałam z bohaterami wszystko wolniej i bez pośpiechu.

   Myślę, że ta książka jest skierowana do wszystkich ludzi, bez względu na płeć i poglądy. Mówi się że Lee "otworzyła Amerykanom oczy". Jak się okazuje nie tylko Amerykanom...