sobota, 5 sierpnia 2017

„Nie akceptuj zła, które możesz zmienić” Byliśmy Łgarzami - E. Lockhart


Witajcie misie!
Wakacje przyniosły ze sobą nowe książki, więc i jakieś paplando również by się przydało, mam rację? Na pierwszy ogień idzie książka, która była akurat w zasięgu ręki na półce bibliotecznej... swoją drogą, ostatnio zauważyłam, że przychodząc do mojej ukochanej biblioteki nie mam czego czytać, ponieważ prawie wszystko mam już za sobą... no co robić! W każdym razie, jak moje spotkanie z Łgarzami?

Okładka książki Byliśmy łgarzami
Nie powiecie mi, że ani razu nie zamarzyliście sobie chociaż na chwilę o górze pieniędzy i prywatnej wyspie, mam rację? Dla Sinclairów jest to na porządku dziennym. Każdego lata kuzynostwo wraz z chłopcem Gatem spotykają się na swojej cudownej amerykańskiej wyspie, by w pełni korzystać z luksusu jaki zapewniają im pieniądze. Pewnego lata jedno z kuzynostwa, piętnastoletnia Cadence idzie w nocy pływać i uderza głową w kamień przez co zapomina zupełnie o owych wakacjach....


„Jeżeli chcecie żyć tam, gdzie ludzie nie boją się
szczurów ani prawdziwej miłości, musicie porzucić
mieszkanie w pałacu.”


I szczerze, nic więcej nie mogę Wam powiedzieć, żeby nie zdradzić niczego za dużo. Nie dziwcie mi się, jakoś do połowy całej tej książki nie mogłam się w to w ogóle wkręcić, nie miałam pojęcia co to za historia, o czym opowiada, jaki jest wątek główny. Wszystko było takie nijakie. Jedyne co trzymało mnie przy tej powieści to klimat. Oj, autorka stworzyła naprawdę niesamowity klimat, który idealnie działa na naszą wyobraźnię i zmysły. Ale to jeszcze nie koniec! Bardzo cenię sobie książki, które choć przez połowę zanudzają... w którymś momencie robię rewolucję i wojnę w naszych głowach i sprawiają, że nie można się od nich oderwać. No mówię Wam! Jestem pod wrażeniem!

Należy się Wam słowo na temat bohaterów. Co do czwórki z przyjaciół, nie mam niczego do zarzucenia. Ale główna bohaterka... ugh... Cóż, Cadence, co ja mam z Tobą zrobić? Tak jak mówiłam, była mi obojętna do połowy, tak jak wszystko, ale potem zaczęła mnie lekko irytować... swoją głupotą, nieprzemyślanymi decyzjami, zadufaniem w sobie i użalaniem się nad własnym losem. Na szczęście i ona się zrehabilitowała i nastąpił gdzieś na końcu moment, w którym przekonałam się do niej.

„Lubię takie gry słowne. Pojmujecie? C i e r p i ę na migreny. Nie c i e r p i ę głupców. To słowo w obydwu zdaniach znaczy niemal to samo, ale nie zupełnie.”

Jak to w młodzieżówkach, nie brakuje tutaj również wątku miłosnego. Ale i to jakiego! Uwierzcie mi, choć bardzo ważny, wcale nie wysuwa się na pierwszy plan i do tego nie jest płytki i przewidywalny jak w niektórych tego typu książkach. Naprawdę klasa jest zachowana! A dla tych spragnionych gorących romansów, spokojnie, zapewniam, że i tak nie będziecie się nudzić!


„Bycie z Tobą ubiegłej nocy było lepsze niż czekolada.
A ja, głupi, myślałem, że nie ma niczego lepszego od czekolady.”


Wydaje Wam się, że ta powieść może być przewidywalna? Nic z tych rzeczy, naprawdę. Zakończenie wcisnęło mnie w fotel i sprawiło, że miałam wiecznie otwartą buzię i łzy w oczach. Polecam, naprawdę. Warto przetrwać początek, by przeżyć dalszą historię... choć przyznam szczerze, jestem bardzo wybredna w tej kwestii i zwykle, gdy książka nie zainteresuje mnie na początku, już jej raczej nie skończę. Także, wielki plus!

„Dobrze być kochanym, nawet jeśli ta miłość nie będzie trwała wiecznie.”

Dla wahających się, polecam z całego serduszka! Za ten klimat, za ciepło, za nieprzewidywalność... i choć z początku odrzuca, dajcie jej szansę! Wiem, że Byliśmy Łgarzami na długo pozostanie w mojej pamięci ♥

niedziela, 18 czerwca 2017

„Kres taki byłby celem na tej ziemi Najpożądańszym. Umrzeć - zasnąć. - Zasnąć!” (Hamlet) - „Wybacz mi, Leonardzie” Matthew Quick


Hej misie!
Pewna miła mi osoba jakiś czas temu, dokładnie w walentynki sprawiła mi bardzo zadowalający mnie prezent. Książkę, pewnie domyślacie się jaką. Niestety dopiero w ostatnim czasie miałam czas, by ją w końcu przeczytać, wiecie koniec roku, oceny wystawione i te sprawy. Z autorem spotkałam się po raz pierwszy, jednak... moje oczekiwania były zupełnie inne...

Okładka książki Wybacz mi, LeonardzieW swoje osiemnaste urodziny Leonard postanawia zgolić głowę na łyso, zabić wroga, a na końcu siebie. Ciekawa wizja obchodzenia urodzin, nie sądzicie? Powiem też, że nasz bohater uwielbia hollywoodzkie filmy z Bogartem... stąd też postanawia swój wygląd i życie dostosować do standardów owej postaci. Nie powiem, jeszcze ciekawiej. Więc co takiego może siedzieć w głowie tego nietypowego nastolatka? Quick wyjaśnia wszystko i zaprasza do chaotycznego świata zdesperowanego chłopaka. A Wy... co zrobilibyście z nazistowskim pistoletem?

„Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.”

Dlaczego moje oczekiwania były zupełnie inne? Gdy zaczynałam tę książkę byłam przekonana, że to kolejna kiepska młodzieżówka, która znudzi mi się od razu i po dwóch dniach o niej zapomnę. Ale jak zdążyliście już pewnie zauważyć, jest zupełnie odwrotnie. Może i czytanie jej zajęło mi więcej czasu, ale to ze względu na to, że praktycznie go nie miałam, to jednak psychika Leonarda bardzo, ale to bardzo przypadła mi do gustu. W końcu nie natrafiłam na przerysowanego bohatera i proste oraz nic nie wnoszące wydarzenia. 

„Kurwa, ależ ja siebie nienawidzę.”

Jeśli chodzi o język, tutaj przyznaję plusa, i to wielkiego! Pomijam troszeczkę literówek w druku, da się je przeżyć, nie było ich dużo. Myślę, że uznanie należy się autorowi i jak wiadomo tłumaczowi. Odwalili kawał dobrej roboty. Jeśli przeczytacie podziękowania na końcu książki, zobaczycie ile osób, psychiatrów, psychologów i pracowników opieki społecznej musiało przeczytać tę książkę, by wyglądała ona w ten sposób jak obecnie. Dało to wiele, bo trudne tematy samobójstwa i braku akceptacji zostały przedstawione w języku codzienności. Ale spokojnie, nie jest to żadna przereklamowana powieść. więcej tu raczej nietypowych i ciekawych aspektów ludzkiego umysłu niż małostkowych nastolatek zdesperowanych na pokaz.

A bohaterowie? Co do Leonarda, nie mam zastrzeżeń, człowiek niesamowity, ciekawy i nieprzewidywalny. Charakter jest to dosyć specyficzny i domyślam się, że niektórym osobom może działać na nerwy i być sprzecznym z ich naturą i poglądami. Ale wiecie, ile ludzi tyle opinii. Jak dla mnie materiał na chwytliwego bohatera książkowego idealny. Autor nie skupił się tak bardzo na postaciach drugoplanowych, choć nie zmienia to faktu, że również mają bogatą charakterystykę. Jednak rozumiecie, Leonard to mój człowiek.

Dlaczego ludzie lubią słyszeć tylko takie pytania, na które odpowiedzieli wcześniej milion razy, a nie cierpią, kiedy zbija się ich z tropu? Ja akurat uwielbiam, gdy jakieś pytanie zbija mnie z tropu. Z ogromną radością całymi dniami rozmyślam wtedy nad możliwymi odpowiedziami. Czy są jeszcze inni ludzie, którzy lubią sobie podumać, czy też jestem kompletnym dziwakiem?

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że mam przed sobą jeden wielki wiersz. Jeśli mam być szczera, nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Możliwe, że miejscowa nietypowa budowa rozdziałów tak zadziałała? Akcja? Temat powieści? Cokolwiek to było, sprawiło, że czytanie było jeszcze przyjemniejsze.

„Raz na jakiś czas zakładam garnitur, idę na wagary i badam, jak wygląda życie dorosłego człowieka. (...) Po prostu chcę wiedzieć, czy warto w ogóle dorastać. To wszystko. Potem śledzę najżałośniej wyglądającego dorosłego, bo wiem, że pewnego dnia sam znajdę się w jego położeniu: będę najżałośniejszym dorosłym w wagonie metra. Chcę się dowiedzieć, czy zdołam to wytrzymać.”

W sumie ta tematyka nasuwa mi na myśl nieco Małego Księcia. Oczywiście jeśli chodzi o problem dorastania. Podejrzewam, że Leonard nie chciał zwyczajnie dorastać. Przecież osiemnaste urodziny to taki idealny czas, by się zabić i nigdy nie być dorosłym, nie mieć kupy obowiązków, cieszyć się z małych rzeczy, nigdy nie zaznać wielkich krzywd i katastrof... Poniekąd się z nim zgadzam. Bo kto niby chciałby dorosnąć i porzucić dziecięce wspomnienia?

„Najpierw cię ignorują, potem się z ciebie śmieją, potem cię zwalczają, potem wygrywasz.”

Zaczęłam się zastanawiać czy imię głównego bohatera nie było zaplanowane specjalnie, by pasowało do twórczości Leonarda Cohena. Bo kurczę, nie wiem jak Wy, ale ja słuchając choćby piosenki wyżej, odczuwam klimat, którym owiana jest ta powieść. Nic dodać, nic ująć.

Adios!

piątek, 14 kwietnia 2017

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton



Hej aniołki!
Były trzy podejścia. Może więcej. Każde nieudane... i co teraz będzie? I nie, nie mówię o podejściach do czytania. Choć o tym też mogłabym wspomnieć. Wiecie, to trochę dziwne, tak bardzo zaniedbać najważniejszą dla siebie rzecz. A wiecie co jeszcze? Byłam głupia tłumacząc to zaniedbanie brakiem czasu i stresem, bo przecież nic tak dobrze nie uspakaja jak kubek herbaty, książka i pisanie recenzji, która dotrze do małej lub czasem niemałej grupy ludzi. Także, apeluję do wszystkich zestresowanych i tych, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Zakładajcie blogi i piszcie... o tym, co Was pasjonuje, o tym, co sprawia Wam przyjemność i macie dość duże pojęcie w tym temacie. Pomaga, uwierzcie mi. A nic nie jest dla blogera większą frajdą niż świadomość, że możecie dzielić się swoimi zainteresowaniami w szerszym gronie odbiorców, wśród ludzi, którzy czerpią radość z czytania Waszych wypocin.
Spokojnie, nie przyszłam tu po to, by zostawiać Was z niczym.
Przyszłam tutaj oczywiście z książką!

Nie polecę tej książki wszystkim, bo zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy lubią rozbudowane intrygi rodzinne i wielkie drzewa genealogiczne. Ale myślę, że mimo wszystko tej książce należy się chwila uwagi. Na początku poznajemy historię babci Avy. Autorka wprowadza nas w niesamowity klimat powieści, perypetie miłosne i przedstawia drzewo genealogiczne całej rodziny. Brzmi ciekawie, prawda? Płynnym opisem przechodzimy do poznania matki Avy, a potem do samej głównej bohaterki. Co w niej takiego niezwykłego? Otóż, rodzi się ze skrzydłami. Ale nie, spokojnie, nie ma tutaj żadnych aniołów, to nawet nie są anielskie skrzydła. Sama nie wiem jak to nazwać... wada genetyczna? Ava żyje sobie spokojnie, dopóki nie natyka się na gościa, który ma wręcz obsesje na jej punkcie. No nie wiem jak Wy, ale ja bym zgłupiała i zamknęła się w piwnicy, uciekając przed takim niebezpiecznym psychopatą...

„I to może być sedno problemu: wszyscy boimy się siebie nawzajem, bez względu na to, czy mamy skrzydła, czy nie.”

Bałam się, że z początku będę zanudzona tą książką. Faktycznie, dla ludzi o słabych nerwach może być to męczarnia, ale szczerze mówiąc, nawet nie zauważyłam tego momentu przejścia między postaciami i wydarzeniami. Oczywiście akcja nie jest też niesamowicie jak wolna, ani zbyt szybka. Wszystko dzieje się w idealnym tempie, wystarczająco, by nadążyć i wszystko zrozumieć. A to trudna sztuka, także wielki plus!

Kojarzycie takie piękne i eleganckie klimaty dwudziestowiecznej Francji? Nie wiem jak Wy, ale ja podczas czytania czułam tę atmosferę. Uliczki, mieszkańcy, okolica... choć nie cala akcja dzieje się we Francji, książka pozostaje w takich klimatach. To samo jeśli chodzi o język. Jednak nie jest to styl, którego nie da sie zrozumieć, spokojnie, napisana powieść w naszych czasach nie stwarza problem na przeciętnego czytelnika. Lubię chwalić język i styl autorów i dobrze to widać w moich recenzjach, ale co ja pocznę, że na język zwracam największą uwagę?

Myślę, że śmierć podobna jest do otrucia albo gorączki - wyszeptałam. - To jak bycie o krok przed wszystkimi. Krok tak duży i szeroki, że dogonienie cię staje się niemożliwe, i jedyne, co możesz zrobić, to patrzeć, jak wszyscy ci, których kochasz, znikają.

Jeżeli chodzi o samą postać Avy Lavender... no cóż, wykreowana jest genialnie, dopięta na ostatni guzik, chociaż jak na mój gust, jest zbyt cichutka i grzeczniutka. Za to najbardziej przypadła mi do gustu postać matki i jak babci naszej bohaterki. Kobiety, które, zwięźle mówiąc, umiały zadbać o siebie. Spotkał je los troszeczkę ciężki, wychowywały dzieci bez mężczyzny. Nie zahaczam tu o żadne feministyczne przekonania, bo nie chcę się w to zagłębiać. Nie tu. Stwierdzam fakt bycia wytrwałym i silnym. Także jeśli chodzi o te kobiety, jestem zdecydowanie za!

Może byłaby to trwalsza, głębsza miłość: prawdziwa i stabilna istota, która mieszkałaby w tym domu, korzystała z łazienki, jadła ich jedzenie, przenikała pościel we śnie. Miłość, która pocieszałaby ją w płaczu, która zasypiałaby z klatką piersiową przyciśniętą do jej pleców.
Podsumowując, jest to książka idealna na taki dłuższy wieczór, może na wakacje. Pełna metafor i porównań, co uwielbiam. Jestem nią naprawdę mile zaskoczona i mam nadzieję, że będziecie i Wy. Spokojna, aczkolwiek budząca napięcie i niesamowicie wpływająca na emocje. Piękna historia opowiedziana w piękny sposób. Czego chcieć więcej?   

 

czwartek, 19 stycznia 2017

A co u Was? 2016...

Hej miśki!
Po pierwsze, chciałam zaznaczyć, że post ten nie będzie wyglądał jak typowe podsumowanie dnia, roku, miesiąca itp... itd.. Chcę, aby miał on charakter bardziej refleksyjny dla mnie samej. Trochę się wygadam, trochę ponarzekam, trochę się pośmieję i podsumuję.



Także, ten rok był trochę rewolucyjny, patrząc na to, jak rozwinął się przez te miesiące! Z 7 obserwatorów zrobiło się tu Was prawie 90! Może dla niektórych przez rok to małe osiągnięcie, ale ja o niczym innym nie marzyłam. Uważam to za naprawdę COŚ. Przez ten czas wiele razy uroniłam łzę od czytania komentarzy, które wzbudziły we mnie naprawdę wielką radość. Świadomość, że ktoś czyta moje wypociny i dodatkowo podobają mu się one jest najlepszym uczuciem na świecie.

Pewnie zauważyliście, że od wakacji częstotliwość pojawiania się jakichkolwiek postów na moim blogu drastycznie zmalała. Wiążę się to z tym, że straciłam zupełnie motywacje do czytania książek. Szkoła chce mnie wykończyć (tak, tak, tacy salezjanie z Łodzi) i zabiera mi każdą ostatnią chwilę, patrząc na to, że chciałabym rozwijać się teatralnie, co zabiera mi więcej czasu, spotkać się ze znajomymi, wiadomo i jeszcze ogarnąć naukę. Wiecie, nigdy tak nie miałam, że przychodząc do domu w piątek po szkole zamiast usiąść, obejrzeć serial, nadrobić zaległości książkowe, zaczynałam się uczyć i kończyłam w niedzielę wieczorem. Wiem, że to w znacznej mierze moja wina, bo w październiku zwyczajnie odpuściłam systematyczną naukę. Ale przecież mamy Nowy Rok! Postanowienia noworoczne spisane, a całe kolejne 365 dni rozplanowane. Wiem, że wszystko w tej chwili zależy ode mnie i wiem, że muszę się postarać. Ten rok stawia przede mną naprawdę wiele wyzwań. Chciałabym dostać się do wymarzonego liceum i przyzwoicie napisać egzaminy w kwietniu, co może być dosyć trudne zważywszy na moje dwójki z matematyki i fizyki. To przykre, gdy chcąc rozwijać się w jednym kierunku i uczyć się przedmiotów ścisłych, nauczyciele zamiast mnie w tym dopingować, jeszcze bardziej denerwują się, że nie mam umysłu ścisłowca. Ale nie poddaję się! Oceny nie odzwierciedlają naszej prawdziwej wiedzy i uczymy się dla siebie, nie dla nich ani po to, by zadowolić kogoś innego.  Planuję w tym roku również rozpocząć zajęcia z Pole Dance i mam nadzieję, że wszystko uda mi się rozplanować! :D

Ten czas wiążę się również oczywiście z moim ogarnięciem czterech liter i postaraniem się (podkreślam, staraniem się) dodawać posty częściej i regularniej. Blog zawsze motywował mnie do czytania i choć teraz zbytnio nie mogę się jeszcze do książek przekonać, mam w sobie mnóstwo siły i zaparcia, aby temu zapobiec... więc mam nadzieję, że będziecie wyczekiwać ze mną! :D

NAJLEPSZE KSIĄŻKI PRZECZYTANE W 2016
Okej, myślę, że nie chcę wymieniać tu niczego w punktach, ale po prostu chcę o tym wspomnieć. Jak się pewnie domyślacie, najbardziej utkwiło mi w pamięci Idź, postaw wartownika z racji, iż Zabić Drozda czytałam w 2015. Myślę, że każdy pamięta mój zachwyt nad Kwiatami na poddaszu oraz Marsjaninem. Na uwagę zasługuje tutaj również Oddam Ci słońce, Pamiętnik oraz Dziewczyna z pomarańczamiNa temat tych książek dużo wypowiadać się nie będę. Ich tytuły są odnośnikiem do danej recenzji, tam możecie poznać moje zdanie na ich temat :D.

A jeżeli chodzi o książki w 2017... nie przeczytałam jeszcze żadnej, ale w poniedziałek zaczęły mi się ferie, więc zabrałam się na początek za króciutką Tajemnicę Pani Ming, której recenzji możecie się niedługo spodziewać :D

Także, w ten sposób zaczynam! Bądźcie ze mną...
Kocham Was i dziękuję za ten rok!
Buziaki <3