niedziela, 24 lipca 2016

Liebster Blog Award #3


Cześć kochani! 
Tu już moja trzecia nominacja do LBA. Tym razem dostałam pytania od Basi z bloga Ostatnia książkoholiczka. Oczywiście bardzo Was zachęcam do zaglądania na jej bloga! 
Pytania od Basi:

1. Ile książek czytasz miesięcznie? (mniej więcej)
W tej kwestii nie jestem jakoś wybitna. Zwykle jest to około pięciu książek, chociaż jakoś maj/czerwiec były to dwie książki na dwa miesiące. Wiecie, szkoła trochę mnie wykończyła.

2. Czy jesteś sroką okładkową?
Tak, tak, tak. Zdecydowanie! Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że książki nie ocenia się po okładce, ale przecież po coś powstała ta szata graficzna... żeby cieszyła nasze oczy!

3. Z jakim bohaterem literackim najchętniej poszłabyś na randkę?
Uuuu, bardzo fajne pytanie! Mogłabym powiedzieć, że jest to Mark Watney, chociaż przeraża mnie myśl, że mógłby mnie zanudzić swoim niezwykle naukowym językiem... a wiecie, ja nie lubię fizyki... Marku, dlaczego nie możesz być humanistą?

4. Najpierw film czy książka?
Cóż, mimo wszystko to bardzo kontrowersyjne pytanie. Jak dla mnie, nie ma niczego złego w obejrzeniu najpierw filmu, potem przeczytaniu książki, chociaż sama staram się najpierw czytać, tylko ze względu na wyobrażenie sobie postaci bohaterów. 

5. Piszesz własne książki? O czym opowiadają?
Ajajaj, miało się nie wydać, no! Jestem w trakcie pisania jednej historii. Jak dobrze pójdzie, opublikuję ją na wattpadzie. Mogę Wam jedynie powiedzieć, że jej akcja toczy się w więzieniu ;)

6. Masz okazję wcielić się w jednego dowolnego bohatera literackiego. Kto to, i dlaczego właśnie on/ona?
Chyba najbardziej ciekawi mnie jak to jest być w skórze Marka Watneta... niezwykle mnie to przeraża, ale jak to mówią, do odważnych świat należy! (Również Mars ;) 

7. Motyw w książce, który Cię nudzi?
Mogłabym Was po prostu odesłać do recenzji Szeptuchy, ale nie chcę iść na łatwiznę. Może to głupio zabrzmi, ale denerwują mnie wszyscy idealni faceci i te ich szare myszki. Chyba jednak większość ludzi irytuje właśnie ten schemat.

8. Plany na drugi miesiąc wakacji?
Hmm, jeżeli chodzi o książki... raczej przeczytam to co mi się nawinie w bibliotece, a jeśli chodzi o to co będę robić... może... to co mi się nawinie w czasie? A! Wiem! Mam zamiar iść do kina na Suicide Squad... wiecie, Jared Leto gra, nie mogę przejść obok obojętnie!

9. Jaki jest Twój ulubiony cytat z ulubionej książki?
Mam wybrać jeden? O święta Petronelo... No dobra... 

„Może zakochani wcale nie powinni patrzeć na ziemię? Ziemia oznacza rzeczywistość, a rzeczywistość frustracje, nieprzewidziane choroby, śmierć, morderstwa i wszelkie inne tragedie. Kochankowie powinni patrzeć w niebo, bo tylko tam ich piękne złudzenia nie mogą być podeptane.”

Oczywiście to cytat z jednej z najlepszych książek na świecie, czyli Kwiaty na poddaszu V.C. Andrews.

10. Twoje OTP.
I znowu tylko jedno? Hoho... No nie byłabym sobą, macie! Cathy i Chris z Kwiatów na poddaszu!

11. Jaki tytuł miała książka od której rozpoczęłaś swoją przygodę z książkami na poważnie?
Nie różnię się zbyt od innych książkoholików... tak, to Harry Potter.

Basi jeszcze raz bardzo dziękuję za nominację. Cóż, wygląda na to, że teraz moja kolej!

Pytania ode mnie:

  1. Oglądasz jakieś seriale? Jakie?
  2. Gdybyś mogła porozmawiać z jakimś pisarzem, kto to by był?
  3. Co według Ciebie powinna zawierać dobra recenzja?
  4. Kolekcjonujesz coś?
  5. Jakie miejsca chciałabyś najbardziej odwiedzić?
  6. Od jak dawna blogujesz?
  7. Skąd pomysł na nazwę bloga?
  8. Trochę reklamy... jakie są Twoje ulubione blogi?
  9. Oglądasz polskich lub zagranicznych booktuberów?
  10. Jesteś humanistą czy raczej ciągnie Cię do przedmiotów ścisłych?
  11. Spotykasz się często z tak zwanymi hejterami? Jak sobie z nimi radzisz?
Nominuję:
Trzymajcie się!
Buziaki ♥

piątek, 22 lipca 2016

A co to za retrospekcja? „Ta dziewczyna” Colleen Hoover


Hej hej!
Zanim zacznę, tych, którzy nie czytali moich recenzji dwóch pierwszych tomów Pułapki uczuć, odsyłam TUTAJ i TUTAJ. Mam nadzieję, że teraz już pamiętacie jak bardzo zachwycona byłam tymi książkami. W końcu dorwałam w swoje ręce ostatni tom tej wspaniałej trylogii i... zastanawiam się w jakim celu powstała ta część.
(Uwaga, przed Wami najkrótszy opis książki, jaki tylko napisałam)

Okładka książki Ta dziewczyna   Will i Layken podczas nocy poślubnej wspominają dawne czasy, czyli powrót do pierwszego tomu.

   Tak, to tyle. Z tą różnicą, że poznajemy wydarzenia z punktu widzenia Willa. Przyznam, że pierwszą połowę książki czytałam z wielkim zapałem, chociaż doskonale było wiadomo co się dalej wydarzy. Historia Lake i Willa została opisana w niezwykle przyjemny i uroczy sposób. Od drugiej połowy książki coś zaczęło się dziać. (Możecie to zapisać) Pierwszy raz czytając romans, pokochałam JĄ, a znienawidziłam JEGO. Ja również w to nie wierzę. Nasz  „chłopak idealny”jest zwykłym (wszyscy narażeni na demoralizację zamykają oczy) dupkiem. Podejrzewam, że gdyby większość powieści z wątkiem miłosnym została napisana w punktu widzenia faceta, to i dziewczyny zmieniłyby zdanie na temat swoich książkowych mężów. Przykro mi, taka prawda. Willowi mówimy zdecydowanie NIE.

„Granica nie jest już tak wyraźnie nakreślona. Nic nie jest już czarno-białe. A ja zaczynam być całkiem pewien, że szary stał się właśnie moim ulubionym kolorem.”

   Pani Hoover zapomniała chyba, że powinna wcielić się w faceta. FA-CE-TA, a nie zrozpaczoną jak podczas miesiączki nastolatkę. Przez znaczną część książki czytamy tylko o tym jak to Willowi smutno, jak to zranił swoją ukochaną, jak to nie wie co ze sobą zrobić... o borze sosnowy. Nie wspomnę o decyzjach przez niego podejmowanych. Ej, gościu, ile masz lat? Czternaście czy dwadzieścia jeden?

   Mam wrażenie, że Ta dziewczyna powstała tylko dlatego, że autorka nie miała pomysłu za zakończenie serii. Szczerze, po co komu ta sama historia opisana oczami innego bohatera? Rozumiem, może miała zostać odkryta jakaś wielka tajemnica, ale przykro mi, nic z tych rzeczy, Swoją drogą, nie przypomina Wam to trochę Greya?

„Nie mam pojęcie, jak to się dzieję, że ktoś może uważać swoje życie za jałową dolinę, w której nie spotka go już nic dobrego, a chwilę później w ułamku sekundy pojawia się ktoś inny i zmienia wszystko jednym uśmiechem.”

   Spragnionym wrażeń polecam czytanie tej książki porą nocną, kiedy jesteśmy na silniejsze odczuwanie emocji niż zazwyczaj. Wtedy może uda się Wam uronić trochę łez. Jednak nie polecam tym, którzy w tej trylogii szukają czegoś nowego. Brak The Avett Brothers, jeśli chodzi o wiersze pojawił się tylko jeden nowy, nieznany do tej pory, co mnie bardzo zmartwiło, bo kochałam cały ten slam.

   Wiedziałam, że w tych czasach wszystkie urocze sceny powinny być zawarte w romansach, ale proszę, to co się działo w tej książce mam już po dziurki w nosie. Pocałunki i obejmowania opisywane co pięć stron i przez pięć stron. Wiecie o co mi chodzi? Więcej książki to sceny okazywania sobie wielkiej miłości zamiast rozwój fabuły.

„Cały wszechświat po prostu nadal istnieje, jakby się nic nie stało, nie bacząc na to, że całe życie jednego człowieka nagle stanęło w miejscu.”

   Trafiłam na parę literówek. Martwi mnie to bardzo, bo ostatnio zauważyłam, że polskie wydawnictwa patrzą na czas wydania, a nie jakość. Przez to korekta przeprowadzana dokładnie, a zwyczajnie na odwal się. Co do pisania pani Hoover nie mam się do czego przyczepić. Prosty język, który bez problemu można zrozumieć.

   Podsumowując, po moim wielkim zachwycie nad pierwszym tomem, stwierdzam, ze szczerze mówiąc, nie opłaca się czytać kolejnych. Nie wnoszą do historii Layken i Willa niczego nowego. Niczego. Jest to przyjemna i ciepła książka, idealna na wakacyjne wieczory.

„Miłość i nienawiść mimo swojej przeciwstawnej natury, są uczuciami wypływającymi z namiętności.”

   I tym żegnam się z Wami, buziaki!

wtorek, 12 lipca 2016

Co to za fenomen? „Szeptucha” Katarzyna Berenika Miszczuk


Hej kochani!
Pamiętacie może czasy Zmierzchu? Pamiętacie, prawda? Super, ja też. Potem pojawiła się seria Szeptem. Choć zdobyła ona większe grono fanów, również okazała się rażąco podobna do wspomnianej wcześniej sagi. No dobra, ale to przecież typowo amerykańskie klimaty. Dlaczego wspominam o tym przy recenzji polskiej książki? ... Ekhem! Przedstawiam Wam amerykańskie schematy w polskim wydaniu!


   Mieszko I, znacie gościa? Zwyczajnie olał sobie chrzest, dlatego Księstwo Polan nadal jest ciemne i zacofane, a ludzie nadal wierzą we wszelkiego rodzaju zabobony i słowiańskie bóstwa. Mimo upływu lat i tego wszechogarniającego nas XXI wieku, Gosława, dla przyjaciół Gosia, aby zostać lekarzem musi udać się na roczne praktyki do szeptuchy. Dziewczyna jest ateistką i z tego co da się zauważyć, ma podobne zdanie do mnie jeśli chodzi o polskie społeczeństwo. Więc co takiego NIEPRZEWIDYWALNEGO może się stać?

„Dramatyzm całej sytuacji szybko znikł, gdy zauważyłam, że podwinęła mi się sukienka, odsłaniając majtki z Hello Kitty.”

   Zwykle staram się unikać wszelkiego rodzaju porównań do innych książek, ale tutaj jakoś nie potrafię się bez tego obyć, dlatego przepraszam wszystkich, którzy w jakiś sposób mogą poczuć się urażeni. Miejcie na uwadze, że będzie to najbardziej subiektywna ocena książki, jaka tylko pojawiła się na tym blogu.  Żeby było jasne, nie mam zamiaru Was zniechęcać, ale uświadomić, że nie wszyscy powinni zabierać się za tworzenie książek wzorując się na pewnym szablonie. Jak pamiętacie, saga Szeptem bardzo mi się podobała, ale wady swoje ma, o Zmierzchu mogę powiedzieć to samo. Także... czytacie na własną odpowiedzialność (Jednak postaram się być łagodna)

   Przed pisaniem tej recenzji czytałam wiele opinii innych ludzi na temat tej książki. Zdziwiło mnie to, że większość wrogów pani Meyer, tak zachwalało Szeptuchę, ale przecież o gustach się nie dyskutuje, prawda? Wracając do fabuły, szara myszka (pierwszy schemat), która przyjaźni się z dziewczyną, kochającą imprezy i chłopców (drugi schemat, który może też kojarzycie), poznaje niesamowicie pięknego blondyna (dobra, blondyn to nie schemat, ale przystojny to już trzeci!) i jej życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni (taaaa...)

   „O, cholera jasna! Poczułam, że robi mi się gorąco.
Jakiż on jest przystojny! To powinno być zabronione. Tacy mogą być tylko aktorzy i piosenkarze, których nie da się dotknąć.
Bo ja miałam wielką ochotę go dotknąć.”

   Gosia! Ty niegrzeczna dziewczyno! Tylko byś dotykała chłopców! Z kogo brałaś przykład, hę? 
Okej, nasza główna bohaterka jest osobą z pozoru wstydliwą, ale pani Miszczuk postanowiła co rozdział zmieniać jej charakter. Może się czepiam, ale studentka medycyny, która ma obsesje na punkcie bakterii i boi się postawić nogę na trawie, bo może złapać kleszcza, nie bała się wymiany osiemdziesięciu milionów bakterii przez jeden pocałunek? (A tu Cię mam! Ha!) Co DZIWNIEJSZE, zawsze w każdym momencie zagrożenie, pojawiał się niesamowicie przystojny Mieszko, który bohatersko ratował Gosławę. I teraz trochę porównań, kojarzycie może Edwarda, który rozkochał w sobie Bellę, żeby potem jej powiedzieć, że nie mogą być razem? To zamieńcie sobie imię Edward na Mieszko, a Bella na Gosia, Muszę wspominać o czymś jeszcze?

„- Widzę, że coś ci leży na wątrobie.
Chyba tłusta kolacja, którą mi przygotowałaś - miałam ochotę zripostować, ale się powstrzymałam.”

   Jeżeli szukacie czegoś nieprzewidywalnego, nie polecam Szeptuchy. To znaczy, róbcie co chcecie, nie wnikam, jednak jak wspomniałam wyżej, subiektywna opinia wygrywa! Znając dwie serie, Zmierzch i Szeptem możemy bez problemu przewidzieć co dalej będzie z naszymi bohaterami, a w niektórych przypadkach nawet i bez ich znajomości. (Chyba, że tylko ja jestem taka inteligentna :P)

   Dobra, żeby nie było ciągłej krytyki, powiem coś o dobrych stronach! (Wow, ja też nie wierzę, że to mówię!) Najlepszy był chyba sam mitologiczny wątek, W prawdzie wierzenia słowiańskie nadal są dla mnie czymś co mnie odrzuca. Generalnie, nie trawię większości mitologii, oprócz nordyckiej (Obowiązkowo wg Sturlusona!), ale pani Miszczuk należy się pochwała za umiejętne (ekhem...) wykorzystanie słowiańskich bóstw w swojej książce! Tak czy siak, wolałabym już nie wracać do tematu Świętowita i innych takich... właśnie.

„Słyszałam co nieco o tych "biesiadach" na wsiach. Podobno, po każdej takiej imprezie dziewięć miesięcy później, wzrastał w naszym cudownym kraju przyrost naturalny.”

   Należy się też pochwała za język. Książkę czytałam niezmiernie szybko i łatwo. W końcu czego spodziewać się po takim rodzaju literatury. Nie brakowało momentów, które zapewne miały być śmieszne, ale to o czym mówiłam wcześniej przyćmiło to i jakimś cudem nie miałam ochoty na żaden śmiech, bardziej zbierały mi się łzy w oczach. 

  Okej, zostawmy moje rozwodzenie się nad tą książką. Co do piosenki, chcę od razu powiedzieć, że przypasowanie jej do tej pozycji wcale nie świadczy o tym, że jej nie lubię, wręcz przeciwnie. Chodzi jednak o klimat jaki tworzy. Mętny, ciągnący się, mozolny i przywodzący na myśl śliniących się do siebie zakochanych bardzo przywiódł mi na myśl Szeptuchę. 

   A wy czytaliście tę książkę? Co o niej sądzicie?

poniedziałek, 4 lipca 2016

Lubię sobie czasem poszperać w cudzym umyśle! „Kąpiąc Lwa” Jonathan Carroll


Hej, hej!
Jak tam wakacje? Pierwszy tydzień za nami, a ja cały czas mam wrażenie, że tylko marnuję czas. Skończyłam jedną książkę, zabrałam się za kolejną. Ale co z życiem poza tymi wszystkimi powieściami? Muszę szybko coś zrobić zanim nadejdzie rok szkolny! :(
Nie przedłużając, pozwólcie, że przedstawię Wam książkę, która moim zdaniem jest najbardziej osobistą historią, dotyczącą każdego z nas!


   Zdarzyło Wam się kiedyś, że zaraz po obudzeniu nie byliście pewni czy to o czym przed chwilą śniliście jest rzeczywistością czy tylko sennym marzeniem? Założę się, że większość z Was doświadczyła takiego uczucia. Ale czy można odczuć takie coś podczas czytania książki? Proszę, spragnieni wrażeń sennych, sięgnijcie po Kąpiąc Lwa. Historia pięciorga ludzi, którym pewnej nocy śni się ten sam sen. Pozwala on wniknąć wszystkim do najskrytszych zakamarków ich psychiki i przeszłości, którą nie zawsze byśmy chcieli zdradzać komuś poza samym sobą. Dziwaczny sen może być rzeczywistością bądź zupełnie odwrotnie. Może przysporzyć wielu problemów czy uratować nas od złego? Spodziewacie się jeszcze innej propozycji?

„Nieszczęścia lubią chodzić parami, a szczęście woli chodzić samo.”

   Czy tylko dla mnie sny są bardzo osobistą rzeczą każdego z osobna? Tylko ja to tak postrzegam? Może nie było tak przed przeczytaniem tej książki, może jestem jakimś ewenementem, który zupełnie inaczej interpretuje różne rzeczy, ale Kąpiąc Lwa jest jedną z tych książek, które nie pozwalają mi wniknąć do przedstawionego świata. Spokojnie, nie postrzegajcie tego jako coś złego, chodzi mi bardziej o to, że pierwszy raz podczas czytania czegokolwiek doznałam dziwnego uczucia „Halo, przecież wtykanie nosa w czyjeś sprawy prywatne jest niegrzeczne”. No okej, co ze mną nie tak? Przecież to tylko bohaterowie, którzy nie istnieją. Tak, właśnie, witajcie w prozie Jonathana Carrolla.

   Zacznę od tego, że przedstawieni bohaterowie skradli moje serce. Bez wyjątku. Wszyscy stworzeni są w ten sposób, że tylko my i nasze przekonania mogą nam powiedzieć kto jest zły, a kto dobry. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Dodatkowo, ułatwia nam to wniknięcie głębiej w ich psychikę... i własnie stąd moje przekonanie, że wtykanie nosa w nie swoje sprawy nie jest dobre. Niestety (albo i stety) nie utożsamiłam się z nikim, co zdarza mi się często. To również z powodu podanego wcześniej. Każdy jest tak indywidualny, że nie da się porównać go do zupełnie innej osoby. Wielki plus za to!

„Ludzie są jak świnie taplające się w błocie. Nic oprócz żarcia lub zagrożenia nie skłoni ich, żeby ruszyć dupsko.”

   Jestem pod wrażeniem tego jak potoczyła się akcja. I to zakończenie! Zapewniam, że większość z Was Kąpiąc Lwa skończy z otwartą buzią, mówiąc WOW. Nie ma tutaj mowy o przewidywalności i naprawdę, wydarzenia wbijają w fotel. Autor sobie wszystko dokładnie przemyślał i dopiął na ostatni guzik. I co najważniejsze, jeszcze nigdy bo przeczytaniu jakiejś książki, nie cisnęło mi się tyle pytań dotyczących ludzkiej egzystencji. 

   Zapisałam sobie na kartce samoprzylepnej, żeby w tej recenzji wspomnieć o oprawie graficznej, bo gdyby nie ta piękna okładka, nie sięgnęłabym po tę książkę, ale minęłabym jak wszystkie inne na bibliotecznej półce. Naprawdę intrygująca i dająca do myślenia i doskonale zgrywająca się z fabułą. To samo tyczy się tytułu. Ciekawe nawiązanie do sytuacji bohaterów. Nic nie znaczy czy raczej niesie ze sobą mnóstwo myśli? Sprawdźcie sami!

„Czas nie płynie- czas nas okrada.Niczym zręczny kieszonkowiec albo sztukmistrz odwraca na sekundę naszą uwagę,by bezwzględnie okraść nas z tego,co najistotniejsze:z pięknych wspomnień,ulotnych chwil,ludzi.których kochamy...”

   Szczerze mówiąc, nie ma piosenki, która idealnie oddałaby klimat Kąpiąc Lwa. Jednak po dłuższych poszukiwaniach, natknęłam się na utwór Brother Matta Corby'ego. Faktycznie, fragmenty przypominały mi o książce, jednak to piosenka Monday bardziej wprowadziła mnie w ten niesamowity świat. Jestem pewna jednego, to nie było moje ostatnie spotkanie z tym autorem!