piątek, 24 sierpnia 2018

Masowy bunt przeciw czytaniu lektur oraz mała wzmianka o Bułhakowie #Subiektywnie 2

Cześć skarby!
Wracam po długim wakacyjnym wypoczynku. Wiecie sami jak to na wyjazdach, czasu na czytanie jest mało, a gdy już się znajdzie, nie ma się na to zupełnie ochoty. Z tego też powodu, przeczytałam tylko Mistrza i Małgorzatę przez te trzy tygodnie, wiecie, po parę stron dziennie i jakoś poszło!



Od razu zaznaczę, że nie będzie to typowa recenzja, bo myślę, że Mistrz i Małgorzata to powieść, którą lubi większość mieszkańców naszej planety, którzy mieli okazję ją przeczytać. Oczywiście, są wyjątki. Więc co to będzie? Po przeanalizowaniu spisu lektur licealnych z bliskich mi źródeł różnych szkół, doszłam do wniosku, że coś jest nie tak w naszym systemie edukacji z języka polskiego... ale o tym za chwilę!
Będę dziękować mojej polonistce bardzo długo, że zdecydowała się zadać nam do przeczytania właśnie tę książkę. Nie jest to lektura obowiązkowa, z tego co wiem, nawet na rozszerzeniu. I pewnie gdyby nie to, nadal bym ją odkładała jeszcze długi czas!

Dla jeszcze niewtajemniczonych, Bułhakow wprowadza czytelnika w realia życia mieszkańców Moskwy w latach trzydziestych XX wieku. Tajemniczy Woland wraz ze swoją podejrzaną świtą przewraca życie ludzi do góry nogami. Jest również wątek tytułowych bohaterów, Mistrza i Małgorzaty. Kurczę, jeśli mam być szczera, to taka zwykła historia miłosna, poruszyła mnie do granic możliwości, a co za tym idzie, sprawiła, że pojawił się kolejny temat do rozmyślań.

W książce jest również dużo wątków Biblijnych związanych z Piłatem oraz jego życiem. Nie zrażajcie się przez religijne tematy, bo możecie być naprawdę zaskoczeni zupełnie nowym spojrzeniem na historie, które do tej pory poznaliście w szkołach. A wszystko to na tle wódki, czarownic i niesamowitych wydarzeń. I jak to przy lekturach (zwłaszcza licealnych) bywa, również za pewną zasłoną autor ukazał funkcjonowanie państwa totalitarnego.

Pozwólcie, że teraz nieco odbiegnę od tematu, otóż do lektur zniechęciłam się w pierwszej gimnazjum, gdy musiałam przebrnąć przez Krzyżaków. Zaznaczę, że lat miałam trzynaście i w głównej mierze interesowały mnie książki dotyczące czasów obecnych jak i przyszłości. Dlatego też na mojej półce znajdowały się głównie Igrzyska Śmierci czy Dary Anioła, do których swoją drogą nadal mam ogromny sentyment. Gdzie mi w głowie mieli wtedy być Krzyżacy, no błagam! Oczywiście, lektury w całości nie przeczytałam. Za to resztę lektur pochłonęłam raczej bez większych trudności! Mowa tu oczywiście o Tam, gdzie spadają anioły, Marinie, Zabić drozda czy Stowarzyszenie umarłych poetów. Wiecie, w tamtym okresie życia dały mi one o wiele, wiele, wiele więcej życiowych lekcji i wartości niż tacy Krzyżacy.

Sprawa zmieniła się, gdy poszłam do liceum. Dopiero wtedy zainteresowały mnie książki, które teoretycznie powinnam mieć już dawno za sobą. Jednak przez rozszerzenie z polskiego nawet nie mam czasu, by się za nie porządnie zabrać. I co teraz zrobić? Gdy szkoła narzuca uczniom średnio 15-20 lektur rocznie i mało w tym wszystkich chwili wytchnienia by nad nimi pomyśleć.

Tutaj powrócę do Mistrza... Ile się musiałam naczekać, żeby ktoś podrzucił mi odpowiednią książkę, w odpowiednim czasie. Jednak tutaj pojawia się kolejny problem. Problem wrażliwości uczniów. Nie da się ukryć, że jesteśmy z każdej strony bombardowani lekturami o tematyce niezmiernie poważnej, czasem utworami drastycznymi, które mogą zostawić w psychice pewien ślad. I co się z tym robi? Omawia motywy literackie, ciąg przyczynowo skutkowy, nurty filozoficzne, daty, miejsca, powiązania. Zero czasu na zastanowienie się CO TEN UTWÓR MI DAŁ. Nie twierdzę, że ten temat nie jest poruszany, oczywiście, że jest. Ale zobaczcie, ucząc się na sprawdzian, co tak naprawdę wkuwacie? No właśnie! Stajemy się odporni na cierpienie, ból i problemy, które dotknęły ludzkość przez wieki. Jesteśmy specjalistami w każdej dziedzinie, znamy każde najmniejsze wydarzenie, jego przyczyny, skutki, bohaterów i wrogów... ale gdzie w tym jakieś życie?

Wiem, że tym postem niczego dla świata nie wniosę, ale powieść Bułhakowa uświadomiła mi coś, czym musiałam się podzielić. A gdzie mogę się tym dzielić jak nie tutaj? Mam wrażenie, że jakiś chochlik w szkolnych spisach lektur wprowadził niezły bałagan, który w ostateczności sprawia, że młodzież nie tyle, co nie chce czytać lektur, ale i każdej innej książki. Bo ma w głowie właśnie cały ten chaos.

Zapraszam Was do dyskusji, bo jestem bardzo ciekawa Waszego zdania w tym temacie!

piątek, 13 lipca 2018

Spójna całość zakończona... „Zima koloru turkusu” Carina Bartsch


Cześć i czołem!
Zanim przejdę do czegokolwiek, niewtajemniczonych zapraszam do zapoznania się z recenzją poprzedniej części. KLIK. A teraz, nie przedłużając, zapraszam!


Nie wiem o czym tu w większości opowiadać, by nie zdradzić Wam niczego z poprzedniej części, dlatego wyjątkowo (WYJĄTKOWO) oszczędzę sobie stricte opisu fabuły, bo przecież, jak już wspomniałam w poprzedniej recenzji, jest to kontynuacja historii Emely i Elyasa... troszkę jednak z innej strony niż ostatnio, o czym to świadczy?

„Dopiero kiedy człowiek przeżyje piekło, może docenić piękno nieba. A moje niebo było o tyle piękniejsze, że dobrze wiedziałam, jak głęboko mogą sięgać fundamenty piekła.”

Dopiero kiedy przeczytałam ostatnią stronę, dotarło do mnie jak bardzo zżyłam się z bohaterami, bo przeszłam z nimi przez prawie cały kalendarzowy rok ich życia. Chociaż jest to ta sama historia, relacje bohaterów toczą się na zupełnie innej płaszczyźnie. Jednak nie łudźcie się, że nie będziecie czuć takiej samej satysfakcji jak przy poprzedniej. Jest tutaj odmiana, na którą czekał, myślę, prawie każdy, kto ma za sobą chociaż Lato koloru wiśni. Klimacik jest już zupełnie inny. Jednak zawiodły mnie dwie rzeczy, o których zaraz powiem!

„Przecież nie mamy wpływu na to, w kim się zakochujemy. To się po prostu przydarza. Wszystkim ludziom (...) Oczywiście, że to zdarzało się każdemu. Ale tylko idiota ustawiał się na klifie i myślał, że dzięki temu dotknie nieba.”

W którymś momencie powieść była zwyczajnie przesłodzona, już bałam się, że potrwa to do końca, ale na szczęście to był tylko ułamek całej historii, który nie ma żadnego znaczenia, biorąc pod uwagę całość. Mam wrażenie, że autorka doskonale przemyślała sprawę, bo dostajemy zarówno wiele tęsknoty, smutku, zazdrości, jak i szczęścia powrotów i radości. Wszystko idealnie wymierzone.

Drugim, moim zdaniem najgorszym aspektem w tej książce to Emely, która zaczęła irytować mnie już w bardzo dużym stopniu. Nie będę owijała w bawełnę, do szału doprowadzała mnie jej głupota. Czasami miałam wrażenie, że ona tylko udaje taką nieogarniętą w tej jednej kwestii, o której wspominałam w poprzedniej recenzji. Irytowało mnie również jej czasami egoistyczne zachowanie. Obwiniała Elyasa o wiele rzeczy, do których sama się przyczyniła ze swojej głupoty. Ale powiem Wam coś na pocieszenie, nawet to nie ma wpływu na niesamowitość całej fabuły. Mimo wszystko, kibicowałam jej z całego serca. 

„Ale jeśli chcesz sięgać gwiazd, nie ma innej możliwości, jak tylko wzbić się i mieć nadzieję, że ktoś cię złapie.”

Aż tak dużo sarkazmu tu nie ma, ale jest na pewno wiele śmiesznych momentów. W jednym rozdziale uśmiałam się jak dzika. Naprawdę! Podoba mi się również to, że autorka umiejętnie przechodzi ze stanu szczęśliwości, w stan smutku i odwrotnie. Nic nie dzieje się nagle i bez przyczyny. 

„- Czy to znaczy, że my mamy... historię? - zapytał.

- Elyas - powiedziałam z uśmiechem. - Myślę, że materiału starczyłoby na całą książkę, i to tak grubą, że dałoby radę zrobić z niej dwa tomy!”


Wiecie co? Jeśli mam być szczera, nie sądziłam, że tak bardzo bohaterowie i ich historia zapadnie mi w pamięci. Lato koloru wiśni i Zima koloru turkusu to jedna, spójna historia, która kończy się, tak naprawdę na samym początku. Stara miłość nie rdzewieje? Przekonajcie się sami! Bo ja się skusiłam i zyskałam piękną historię, która może spotkać każdego z nas. Wiem, że jeszcze nie raz wrócę do tej powieści, a Wam życzę tego samego!

Buziaczki ♥

poniedziałek, 9 lipca 2018

Poleciałam na tę książkę jak zepsuty szybowiec „Lato koloru wiśni” Carina Bartsch


Hejka!
Wiecie, co mnie zastanawia? Dlaczego ja zawsze ze wszystkim się spóźniam. Ciągle czytam książki, gdy ich okres popularności i świeżości już dawno przeminie. Z drugiej jednak strony, może... podtrzymuje pamięć o nich? Dobra, mogę sobie wmawiać, jednak wiem jedno, o tej książce powiedzieć trzeba. Choćby miała to być owiana sarkazmem i ciętą ripostą wypowiedź.


Poznajcie Emely, spokojna i niczym niewyróżniającą się studentkę i mieszkankę Berlina. Nie, to nie historia, w której zwykła dziewczyna staje się niezwykła. Jeśli się tego obawialiście, spokojnie, Emely jest... po prostu Emely. Pewnego dnia niedaleko akademika naszej bohaterki, zamieszkuje jej najlepsza przyjaciółka. Jednak fakt kim jest jej brat, u którego będzie ona mieszkać, sprawia, że pojawiają się schody w życiu Emely. Pewnie każdy z Was ma wśród swoich znajomych kogoś, kogo nienawidzi z całego serca i najchętniej uciekłby gdzie pieprz rośnie, byle być daleko od tej osoby. Takim kimś dla Emely jest właśnie Elyas. Tak, mnie też ciekawiło dlaczego!

„- A co to jest miłość w ogóle?

- Kaprys natury, defekt genetyczny – nazwij to, jak chcesz. Faktem jest, że miłość istnieje tylko po to, by dwoje ludzi po prokreacji zostało razem tak długo, aż potomek osiągnie pełnoletność.”


Zwykle do romansów podchodzę bardzo krytycznie i z dużym dystansem. Mogę na palcach jednej ręki zliczyć takie książki, które mnie porwały i nadal mają znaczenie w mojej pamięci. O książce Lato koloru wiśni naczytałam się już tyle pozytywnych recenzji, że moje oczekiwania wobec niej był tak ogromne, że autorka musiałaby chyba stanąć na głowie i wędrować na zębach, żeby podołać moim oczekiwaniom. Nie będę owijać w bawełnę, wyszło jej to... z jednym małym mankamentem... ale o tym później!

Pierwsza rzecz, której unikam w romansach to bardzo szybki rozwój akcji. Bardzo odrzuca mnie sytuacja, gdy bohaterowie się poznają i zaledwie pięćdziesiąt stron później są w sobie szalenie zakochani i wychodzi na to, że cała książka polega na opisywaniu tego jak to chcą się pocałować, ale jednak nie chcą. Rozumiecie, o co chodzi? Możecie odetchnąć z ulgą, bo tutaj tego nie znajdziecie. Ale, halo halo! Co to za romans bez romansu? A no! Trzeba chyba być wyjątkowo utalentowanym, by dać czytelnikowi wyjątkowy romans, ale bez nadmiaru miłości. Cenię sobie w tej książce bardzo, fakt, że fabuła rozwija się powoli, ale nie za wolno, tak jak w prawdziwym życiu!

„- Chciałaś wiedzieć, dokąd się wybieram - ciągnął.

- Nie. Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie interesuje, a teraz oddaj Alex słuchawkę.
- By zaspokoić twoją ciekawość, króliczku, powiem, że idę tylko po mleko. Mogę?
Arogancki, głupi, bucowaty, bezczelny...
- Jak dla mnie możesz sobie kupić nawet krowę - wysyczałam.
- Zastanawiałem się nad tym, ale to niepraktyczne.”


Humor. To jest chyba najbardziej rozpoznawalna kwestia w tej książce, nie widziałam jeszcze recenzji bez chwalenia humoru jaki się tu znajduje! Jednak ostrzegam, jest to rozrywka dla ludzi, którzy uwielbiają sarkazm i dialogi z dużą dawką ciętej riposty. Z drugiej strony mnie do gustu nie przypadła każda sarkastyczna wypowiedź, ale wiecie, to już kwestia gustu. Na szczęście przeważały momenty, gdy wybuchałam głośnym śmiechem podczas czytania, a to jest naprawdę wielki atut, ponieważ bardzo rzadko udaje mi się zaśmiać na głos, gdy czytam!

Tak wielu ludzi na darmo szuka przez całe życie swojej drugiej połówki, brakującej części, która mogłaby ich dopełnić. Łatwiej jest im znaleźć igłę w stogu siana, więc w końcu zadowalają się tym, co dostają w zamian, i z czasem zapominają, że może istnieć coś innego, coś o wiele głębszego.

Język jakim posługuje się autorka jest niesamowicie lekki, co zdecydowanie ułatwia czytanie i zżycie się z historią bohaterów. Łączy się to oczywiście z jeszcze lepszy odbiorem humoru! Narracja prowadzona jest z punktu widzenia Emely, której psychikę i charakter miałam okazję poznać bardzo dobrze... No właśnie, jak to jest z Emely i resztą bohaterów?

Taka niewinna istotka jak główna bohaterka... nie była dla mnie irytująca podczas czytania akurat tej książki, ale zadziwiała mnie jej głupota i fakt, że nie mogła domyślić się rzeczy, której każdy głupi domyśliłby się od początku (kto czytał, wie o co chodzi). W którymś momencie zaczął mnie irytować jej nadmierny sarkazm wobec Elyasa, kurczę, zwyczajnie zrobiło mi się żal chłopaka. Całe szczęście, że nie zabiera to radości z poznawania dalszych losów bohaterów. A sam Elyas? Cóż, jego polubiłam i to bardzo. Jego psychika bardzo mnie zainteresowała i chciałam dowiadywać się o nim coraz więcej. Poza tym... miał ten swój urok osobisty!

„Ale to działa -powiedział pewnym siebie głosem- Lecisz na mnie.

-Lecę na ciebie jak zepsuty szybowiec.”


Jest to romans jakich mało wśród książek młodzieżowych. Dzieje się tutaj bardzo dużo i czytelnik nie jest zasypywany górą cukru i słodkich słówek. To niesamowita historia, która swoje zakończenie ma dopiero w drugim tomie, o którym również niedługo się tutaj wypowiem! Ta książka to po prostu prawdziwy rollercoaster emocji. Nie wiem co tu dużo mówić, po prostu poświęćcie chwilę tego lata, by wprowadzić w nie trochę koloru wiśni <3

Książkę przeczytałam w ramach maratonu czytelniczego u Lilijki!

Czytaliście? Co sądzicie o pierwszym tomie historii Elyasa i Emely?

czwartek, 5 lipca 2018

Ej Ty! Tak, Ty. Jesteś jednym z powodów „Trzynaście powodów” Jay Asher


Cześć!
Tu Laura, jeśli czytacie ten post, jesteście jednym z powodów...
Spokojnie, nie popełniłam samobójstwa, żyję. Chciałam Ci powiedzieć tylko, że jesteś jednym z powodów, dla których jestem tutaj i piszę do Was wszystkich! Ale teraz do rzeczy. Są wakacje, jest mnóstwo czasu na czytanie! Zapraszam... na recenzję książki, której fabuła jest dość popularna...

Cóż, dzięki niezwykle popularnemu serialowi o tym samym tytule, większość zna historię. Ale przybliżę ją Wam... w pierwowzorze. Zatem, Clay, zwykły, najzwyklejszy uczeń pewnego dnia znajduje paczkę zaadresowaną właśnie do niego. W środku jest sześć kaset ponumerowanych dwustronnie od 1 do 12. Ostatnia kaseta ma wypisaną trzynastkę. Tak więc Clay odsłuchuje taśmy, bo przecież, co ma zrobić? I tutaj następuje szok, słyszy głos Hannah Baker, która mówi, że osoby, które aktualnie słuchają jej nagrań... przyczyniły się do tego, że postanowiła ze sobą skończyć. Wyobraźcie sobie, że ktoś obwinia Was o jego samobójstwo, i to po śmierci!

Przeczytałam tę książkę bardzo szybko, wchłonęłam ją dosłownie w jakieś pięć godzin. Od razu mówię, jeśli zamierzacie ją czytać, zarezerwujcie sobie cały wieczór i przeczytajcie ją po prostu, na raz. Nie, nie dlatego, że historie „na raz” są słabe, ale dlatego, że jest to coś, co poznawane od deski do deski tworzy spójną całość, klimat, który nie opuszcza czytelnika aż do końca. O to właśnie chodzi.

„Nikt nie wie ze stuprocentową pewnością, w jakim stopniu jego postępowanie odbija się na życiu innych. Bardzo często nie mamy choćby bladego pojęcia. Mimo to robimy, co nam się żywnie podoba.”


Powiem Wam, ze byłam sceptycznie nastawiona do tej powieści, głównie przez serial, który zrobił taką furorę i lekko obrzydził mi całą historię Hannah Baker. Jednak pozostawałam optymistką... i dobrze zrobiłam. Bo nie mogłam oderwać się od książki, a myślałam przy niej więcej niż przez ostatnie trzy miesiące czytając cokolwiek! Naprawdę, w mojej głowie narodziło się mnóstwo myśli.

Muszę jednak wspomnieć o powodach, dla których Hannah popełniła samobójstwo. Wiecie, nie będę Wam tego zdradzać, ale mam wrażenie, że była to osoba z bardzo, ale to bardzo słabą psychiką. Jednak z drugiej strony, dostajemy wielką dawkę nauczki, że nasze czyny, z których sobie praktycznie nie zdajemy sprawy, mogą okazać się niesamowicie bolesne dla drugiej osoby. Kurczę, mam tyle myśli i teorii po przeczytaniu tej książki, że nie mieści mi się to w głowie.

„Jeśli słyszysz piosenkę, która wywołuje u ciebie łzy, a nie chcesz już płakać, nie słuchasz jej więcej. Ale nie da się uciec od samego siebie. Nie można postanowić, że się już nie będzie siebie oglądać. Wyłączyć zgiełku w swojej głowie.”

Bohaterowie? Co tu dużo mówić, szczerze ciężko jest zrecenzować tę książkę, nie zdradzając niczego i nie zabierając radości z czytania. Polubiłam kreacje bohaterów. Autor połączył wszystko w jedną spójną całość, historię każdej pojawiającej się tutaj postaci. Potrafił wykreować idealnie emocje jakie odczuwają bohaterowie. Szczerze, sama do końca nie ochłonęłam na tyle, by móc cokolwiek więcej o książce powiedzieć, dlatego proszę zaufajcie mi w jej klimat i to, jak potrafi trafić do czytelnika.

Język? Nie pamiętam kiedy tak dobrze czytało mi się książkę, która nie porusza łatwej tematyki. Tak naprawdę akcja dzieje się w przeciągu dwudziestu czterech godzin, podczas, których Clay słucha nagrań, a jednak ani na moment nie czułam się znudzona, właśnie przez styl pisania jakim operuje Asher!

„Ale dochodzicie do wniosku, że robicie z igły widły.Że staliście się strasznie małostkowi.Bo, jasne, może się wydaje, że nie macie szans stanąć na pewnym gruncie w tym mieście. Że za każdym razem, kiedy ktoś wyciąga do was rękę, zaraz ją zabiera, a wy upadacie jeszcze niżej. Ale trzeba skończyć z tym pesymizmem i nauczyć się ufać ludziom dookoła.”

Nie wiem co tu dużo mówić, muszę polecić Wam tę książkę! Nie oglądałam serialu i powiem szczerze, że nie wiem jak może być nakręcony, by choć w najmniejszym stopniu oddać to, co autor chciał nam przekazać. To historia na raz, na jeden odcinek, a jednak pozostaje w pamięci i naszych myślach! Wydaje mi się, że lepiej pisałoby mi się, gdybym zrobiła post przemyśleniowy, dyskusyjny, na temat tej książki. Byłoby mnóstwo spoilerów, jednak powiedziałam wszystko, co o tym myślę.

Dajcie znać czy czytaliście i co sądzicie o tej pozycji!
Buziaczki

poniedziałek, 2 lipca 2018

Jak wypadł chwyt marketingowy odrąbanej głowy? „Chłopak, który stracił głowę” John Corey Whaley


Cześć, słoneczka!
Jak mija Wam drugi lipcowy dzień? Co tam ostatnio przeczytaliście? Bo u mnie jest bardzo spokojnie. Udało mi się ostatnio skończyć Chłopaka, który stracił głowę, co pewnie wiedzą Ci, którzy obserwują mojego instagrama! Ale skoro jeszcze nie znacie mojej pełnej opinii na ten temat... zapraszam!


Podejrzewam, że tę książkę zna każdy książkoholik i wie o czym jest, ale w razie czego wyjaśnię. Sam ma szesnaście lat, kochającą dziewczynę, przyjaciela, troskliwych rodziców... wiecie, taki zwykły, najzwyklejszy szczęśliwy nastolatek. No, szczęśliwy do czasu, bo dowiaduje się o swojej białaczce oraz o tym, że jak się zdaję, nie ma dla niego ratunku. Jego ciało jest niemal doszczętnie pochłonięte przez raka. Jednak nasz cudowny rozwój medycy pozwala mu wziąć udział w pewnym eksperymencie. Otóż, chłopak poddaje się tymczasowej kriogenicznej śmierci. W tym czasie zostaje mu odcięta głowa i przeszczepiona do innego ciała. Travis budzi się po pięciu latach, a jego świat wygląda zupełnie inaczej. Rozumiecie, jego znajomi są na studiach, rodzice się nieco postarzeli... a jego dziewczyna? Znalazła sobie narzeczonego.

„Mówi się, że kiedy ktoś umiera, wraz z nim umiera jakaś cząstka nas wszystkich. I pewnie dlatego to musi boleć. Przez całe życie tracimy różne części siebie, aż w końcu nie mamy już nic do stracenia.”

Pewnie myślicie sobie, O! Jaka ciekawa fabuła! To musi być interesująca książka! Cóż, opisałam Wam właśnie historię, która rozgrywa się w ciągu jednego rozdziału z całych trzydziestu pięciu. O czym są kolejne? Powiem Wam tyle, jeśli wyciąć by totalnie motyw przeszczepu ciała, ta książka nie zmieniłaby w sobie niczego. Rozczarowało mnie to, bo sięgając po tę pozycję spodziewałam się bardzo rozwiniętego motywu choroby, dochodzenia do siebie po wybudzeniu oraz, co najważniejsze, samej operacji, o którą tutaj się głownie rozchodzi. Nawet jeśli skupić się na ciężkim życiu i akceptacji świata po pięciu latach spania, nie ma o czym za dużo mówić. To książka o friendzonie, nie o chorobie i medycynie.

Bardzo irytował mnie główny bohater. Biorąc pod uwagę całą powieść, jest to jedna z najbardziej egoistycznych postaci z jakimi miałam styczność. Liczyło się dla niego tylko tu i teraz. Travisowi wydawało się, że przez to, że dla niego pięć lat trwało jak dłuższa drzemka, to każdy, a zwłaszcza jego dawna dziewczyna, musi to zaakceptować. O nie mój kochany, świat tak nie działa. Może zaakceptowałbyś fakt, że inni musieli przeżyć pięć lat bez Ciebie, myśląc, że już nigdy nie wrócisz? Świat nie jest taki kolorowy. Dobra, można tłumaczyć fakt, że przez pięć lat wyrwanych z jego życia zatrzymał się w rozwoju na szesnastym roku życia, ale błagam, myślę, że taka osoba ma trochę rozumu w głowie, zwłaszcza jeśli przeszła teoretyczną tragiczną śmierć i chorobę.

„Podobno człowiek jest jedynym gatunkiem na tej planecie, którego osobniki mają świadomość nieuchronnie zbliżającego się końca. Po prostu dla niektórych z nas ten koniec nadchodzi znacznie wcześniej niż można by się spodziewać.”

I coś, co chyba denerwowało mnie najbardziej, czyli styl pisania... albo raczej tłumaczenia. Przed sięgnięciem po książkę odsłuchałam parę fragmentów w oryginale. Byłam naprawdę zachwycona swobodą i dotarciem do odbiorcy. A tutaj? Dialogi, które powinny być owiane jakimiś emocjami, wyglądały jak sucha recytacja Inwokacji przez najgorszego ucznia w klasie, który totalnie nie wie o czym mówi. I właśnie to było powodem, że nie umiałam odczuć emocji w żadnych momencie, a w efekcie miałam wrażenie, że oglądam kolejny odcinek trudnych spraw.

A jeśli przy trudnych sprawach jesteśmy, podczas czytania odnosiłam wrażenie, że większość rzeczy, które się dzieją pojawiają się tam po prostu znikąd, bez żadnego powodu ani sensu lub że autor po prostu nie wiedział co ma dalej napisać. Stąd nazwa dzisiejszego posta! Chwytliwy tytuł, tematyka, która ciekawi i mamy super pomysł i wypromowanie i sprzedaż książki. Czytałam mimo wszystko wiele pozytywnych recenzji i nie wiem czym to jest spowodowane i dlaczego ja nie dostrzegam plusów, które dostrzegli inni. Spodziewałam się dramatu lub czegoś co da mi ostro do myślenia, ale sama nawet nie wiem nad czym tu myśleć.

„Zdaje się, że wcale nie trzeba tak do końca umrzeć, żeby zostać uznanym za zmarłego.”

Sam fakt, książka ma jakiś swój klimacik, zwłaszcza, gdy podczas czytania słucha się piosenki na górze! Uważam, że jest to bardzo luźna książka w sam raz na jeden wieczór. Nie znalazłam w niej elementów zaskoczenia, praktycznie nie było w czym zaskakiwać. Wszystko potoczyło się jak najzwyklejsze życie wielu nastolatków. A przecież miał być fenomen w postaci przeszczepu ciała! Sama nie wiem, co o tym sądzić. Daję jednak tej książce ostatnią szansę, ale tym razem przeczytam ją w oryginale! Może będzie lepiej!

A wy czytaliście Chłopaka, który stracił głowę? Co o nim sądzicie? Dajcie znać w komentarzach!
Ja tymczasem zmykam, buziaki!

sobota, 30 czerwca 2018

Seriale w sam raz na wakacje!

Hej skarby!
Nie będzie to super ambitny post, ale zaczęły się wakacje, więc myślę, że każdy z nas potrzebuje lekkiego odmóżdżenia. Przychodzę do Was dzisiaj z zestawieniem seriali, które moim zdaniem są idealnie na ciepłe i wakacyjne wieczory. Oczywiście zapraszam do wypowiedzenia się na ich temat i piszcie w komentarzach seriale, które Waszym zdaniem są idealne na lato!


1. Glee

Uwaga, będę krzyczeć.
JEŚLI JAKIMŚ CUDEM NIE OBEJRZAŁEŚ TEGO SERIALU, MARSZ MI GO OGLĄDAĆ I TO JUŻ!
Skończyłam krzyczeć. Oglądałam bardzo wiele seriali, niesamowicie dobrych seriali, jednak żaden nie był w stanie tak bardzo być głęboko w moim serduszku jak Glee. Wiecie, nie jest to serial, który porusza okropnie trudne tematy. To serial, który porusza kwestie, które są najbliższe młodemu pokoleniu. Wszystko to przy cudownej otoczce piosenek, które znają wszyscy. Glee długaśna, ale pełna ciepła, radości i niesamowitego klimatu historia. Nie wiem, co tu dużo mówić, po prostu musicie to obejrzeć!

2. The Walking Dead

Tak! O ile nie macie bardzo słabych nerwów i lubicie troszkę dreszczyku, to polecam Wam ten serial z całego serduszka. Poza tym, podejrzewam, że większość z nas, chce czasami uciec od cukierkowych historii miłosnych czy wielkich problemów życiowych bohaterów. No dobra, apokalipsa zombie to też problem, też życiowy... dość duży problem życiowy... ale wiecie o co chodzi. Serial mistrzowsko nakręcony i myślę, że wielu osobom przypadnie do gustu, mimo wszystko!

3. Atypical

Na ten serial natchnęłam się przypadkowo i nie żałuję! Życie osiemnastolatka, który zaczyna robić rzeczy, takie jak każdy w tym wieku. Zaczyna chodzić na randki, imprezować, próbować nowych rzeczy... jest tylko jedna różnica. Od urodzenia zmaga się z autyzmem. Niech nie odrzuca Was na historia ze względu na temat. Życie Sama, jest pokazane bardzo wiernie do życia nastolatka z autyzmem. Ale nie jest to wcale smutna i pełna rozpaczy historia. To bardzo niesamowite zdarzenia, przy których nie raz można się sporo uśmiać! Zabawna, barwna i ciepła historia, która jak na mój gust, jest idealna na letni wypoczynek!




4. The end of the f***ing world

O tym serialu ostatnio było dość głośno. Nie dziwię się, bo jest dość nietypowy w swojej historii jak i przekazie. Nie jest bardzo łatwy, jak poprzednie seriale, które wymieniłam, ale krótki i treściwy, bez zbędnych motywów i wątków. Jeśli potrzebujecie czegoś innego oraz czegoś przy czym trochę można pomyśleć, polecam Wam ten serial z całego serduszka! Zachwycił mnie klimat i gra aktorska. Jest to zdecydowanie jeden z największych plusów! Historia nastolatków, którzy nieco odstają od społeczeństwa i żyją po swojemu. I co tu więcej mówić, jeśli jesteście spragnieni czegoś nowego, powinniście to oberzeć! Przebrnięcie przez cały serial zajmuje nie więcej niż jeden dzień. Warto!



5. Breaking Bad

Serial zdecydowanie znany większości ludzi. I nic dziwnego, historia starszego nauczyciela chemii, który postanawia rozkręcić biznes i produkować metamfetaminę, zaciekawiła niejednego wybrednego widza! Dzieje się tu dużo, ale myślę, że w wakacje wiele osób ma umysł na tyle odświeżony, że jest w stanie pochłonąć ten serial bardzo szybko! Sama jestem w trakcie oglądania go i jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem!



A oto moja lista seriali, które pomogą Wam odpocząć trochę w te wakacje. Oczywiście nie zapominajcie o czytaniu książek! I podzielcie się Waszymi serialami!
Buziaczki!

czwartek, 28 czerwca 2018

Książka czy film? Szukam różnic!

Hej skarby!
Myślę, że temat dość oklepany. Ogólnie w sferze książkoholików przyjęło się, że książka jest lepsza niż film. A co myślę o tym ja? Myślę, że jeśli przytoczę Wam kilka tytułów, które zostały zapisane jak i jednocześnie zekranizowane, przedstawię Wam swój pogląd na tego typu sprawy. Dlatego dzisiaj, przychodzę do Was z zestawieniem pięciu pozycji książek, które doczekały się swojej ekranizacji!



Powiem tak, jestem bardzo wyrozumiała w kwestii ekranizacji. Kiedy większość narzeka jak bardzo film różni się od książki, ja bronię go, bo przecież nie da się odtworzyć książki w stu procentach, to po prostu niemożliwe. Poza tym każdy ma inną wizję danego dzieła literackiego, które miałoby zostać przeniesione na ekran. Poza tym, często tworzenie filmu ograniczają prawa autorskie utworu literackiego i zwyczajnie nie pozwalają reżyserowi wiernie odwzorować książki. Jednak nie przedłużając, przejdźmy do naszego zestawienia!


O tej książce wypowiadałam się już, ale oczywiście nie miałam okazji powiedzieć o filmie. Dzieło Andy'ego Weira jest dla mnie po prostu mistrzostwem. Nie muszę na ten temat się chyba wypowiadać? A w kwestii filmu? Cóż, kto oglądał, ten wie, w jakim stopniu różni się on od książki, a różni się. Ale jak to się ma do całości, podczas, gdy nadal ogląda się ten film z rozdziawioną gębą i oczami jak pięć złotych. Kurczę, nie wiem jak Wy, ale jak dla mnie to ta ekranizacja, biorąc pod uwagę sam film, nie książkę, jest kolejnym dziełem reżyserskim, które potrafi wzbudzić w widzu niesamowite emocje. Jak dla mnie, wielki plus!








2. Gwiazd naszych wina

Pamiętacie może, że tą książką niezbyt się zachwyciłam. No właśnie. To było... ponad dwa lata temu. Uważałam, że jest dość oklepana. W końcu przyszedł czas na ekranizację. Obejrzałam ją, nie kłamię, dosłownie wczoraj. No i co? No powaliło mnie na łopatki. Naprawdę, brakło mi słów. Nie wiem czy to akurat fakt, że ekranizacja jest lepsza od książki, bo tego absolutnie nie mogę powiedzieć, ale zainspirowała mnie ona, żebym ponownie sięgnęła po ten tytuł i zastanowiła się nad nim jeszcze raz. Bo co takie dwa lata znaczą? A znaczą dużo, bo przez dwa lata w moim życiu jak i pojmowaniu świata bardzo wiele się zmieniło. Przestałam patrzeć na dzieła literackie jak i filmowe przez pryzmat popularności. Ale w kwestii samego filmu, uważam, że stworzony jest również niesamowicie.






3. Pamiętnik

O ile się nie mylę, tą książką byłam bardzo zachwycona. Słyszałam jednak wiele negatywnych recenzji. Ja nie wiem, co ze mną jest, ale bardzo często odbieram wszystko inaczej niż reszta, ale co poradzić? Miałam swój ulubiony moment w tej powieści i gdy tylko przyszło mi obejrzeć jej ekranizację, z niecierpliwością czekałam na niego. A tu co? Nie było go! Pominęli! Zapomnieli o moim ulubionym momencie! Jak gdyby był zupełnie nieistotny! Nie mogłam pogodzić się z tym bardzo bardzo długo. Obejrzałam film drugi raz i dotarło do mnie jak wielki sentyment odczuwam do tej historii, bez względu na to, w jakiej wersji ją poznaję. Film jest równie wzruszający i idealnie odzwierciedla realia książki.







4. Życie Pi

I kolejna perełka wśród książek. Tutaj z ekranizacją było troszeczkę inaczej, ponieważ film, pierwszy raz obejrzałam Życie Pi, gdy miałam jakieś dziesięć lat. Wtedy ten film był dla mnie nudny, monotonny i jakiś taki bez sensu. Wiecie, byłam za mała, żeby zrozumieć wartości jakie ze sobą niesie i całą jego filozofię. Może Wy byliście wybitnie mądrzy w wieku dziesięciu lat, ale dla mnie było to zdecydowanie za wcześnie jak na takie filmy. Potem przyszedł czas na książkę. Oczywiście, że wtedy byłam już wystarczająco dojrzała, by dotarło do mnie to, co autor miał na myśli. Dlatego sięgnęłam po film jeszcze raz. I po raz kolejny zostałam powalona na łopatki. Dopiero wtedy dostrzegłam jak cudowny jest ten film. Wiecie, chodzi mi tu głównie o efekty specjalne. Kto mi nie powie, że ten film naprawdę jest nakręcony niesamowicie.





5. Papierowe Miasta


I kolejny raz Green. Papierowe miasta to niesamowity klimat, który kocham całym sercem. Pamiętam, że gdy dowiedziałam się o planach na zekranizowanie tej książki, byłam nieco przerażona. Nie wiedziałam jak twórcy filmu będą w stanie oddać tak naprawdę 80% całej książki. Potem pamiętam wielkie kontrowersje, gdy okazało się, że Cara Delevingne ma grać Margo. Wiecie, nie mam w zwyczaju oceniać aktora przed zobaczeniem jak odgrywa swoją rolę, tak też zrobiłam tutaj. Warto dodać, że film ten miał być tylko inspirowany książką, a nie jego wierną adaptacją. I wiecie co? Bardzo dobrze! Wyszła historia ta sama, z tymi samymi wartościami i klimatem, ale z drugiej strony bardzo unikatowa. Wiem, że wiele razy będę wracać zarówno do książki, jak i filmu.





Myślę, że powinniśmy być bardziej wyrozumiali do produkcji filmowych. Bo pomyślcie, gdyby przed takim Avatarem powstała książka, zapewne większość osób mówiłoby, że ten film nie oddaje książki i w ogóle fuj i ble! Wiecie co? Uważam, że nie można patrzeć na żaden film przez pryzmat książki. Są to dwie zupełnie odmienne formy ukazywania historii. Spójrzmy na to drugim okiem!

A co Wy sądzicie na ten temat?