niedziela, 27 listopada 2016

W miłości i przyjaźni nie ma granic, czyli „Will Grayson, Will Grayson” John Green & David Levithan


Hej miśki!
Żyjemy w czasach, gdzie widok nastoletniej matki z dzieckiem nie jest aż tak dziwny jakby się mogło wydawać. Widok dwóch kobiet czy mężczyzn trzymających się za rękę nie musi być nowością czy dziełem szatana. Doszliśmy do etapu gdy latające świnki nie byłyby dla nikogo większym zdziwieniem. Oczywiście, nie zrozumcie mnie źle, ja nikomu do łóżka ani do rozporka nie zaglądam i jeżeli mogę tak powiedzieć, mam gdzieś kto co gdzie i z kim. Miłość to miłość, która nie powinna mieć granic. Tyle.

   Will Grayson jak się można spodziewać jest przeciętnym nastolatkiem, który ma grupę wspierających go przyjaciół, typowo amerykańskie życie, marzenia, wzloty i upadki. Rozumiecie? Typowe w obyczajówkach. Za to w końcu przychodzi w jego życiu czas na coś nietypowego. Otóż, pewnego dnia w niezwykłym miejscu jakim jest sexshop gdzieś w Chicago, spotyka interesującego jegomościa. Nieznajomy nazywa się Will Grayson. A to niespodzianka! Wcale się tego nie spodziewaliście, prawda? Zwłaszcza po tytule! Ach! Ja zawsze wiem jak Was zaskoczyć! No i tak nasi Willowie sobie żyją i stopniowo poznajemy ich relacje między sobą jak i innymi mieszkańcami naszej wspaniałej planety. Żeby nie było nieporozumień, wspomnienie o tolerancji we wstępie posta wcale nie wskazuje na to, że to kolejna zwykła opowieść o miłości... no dobra, to jest opowieść o miłości (ale nie tylko!), jednak nie między tymi dwoma chłopakami z okładki. Zważywszy na to, ze jeden jest gejem, a drugi sto procent hetero, trochę trudno byłoby im żyć w związku, ale spokojnie, dla spragnionych homoseksualnych przeżyć książkowych też się coś znajdzie!

„gdy coś raz się stłucze, nie da się tego z powrotem skleić. ponieważ gubią się gdzieś małe kawałeczki i krawędzie nie pasują do siebie, nawet gdyby chciały. cały kształt się zmienia.”

   Do tej książki przymierzałam się już od jej premiery. Przed nią zaczęłam nawet czytać ją po angielsku, ale coś mi nie szło, nie mogłam jej ugryźć. Na szczęście moja wspaniała biblioteka zaopatrzyła się w jeden egzemplarz, więc czym prędzej pobiegłam po Graysonów i zabrałam ich do domu. Narracja jest pierwszoosobowa, podzielona między dwoje bohaterów. Co ciekawe, wydarzenia, imiona i początki zdań z punktu widzenia Willa-geja pisane są małą literą bo jak wspominają autorzy na końcu, sam czuł się jak mała litera. Chłopak ma depresję, obwinia o swoje nieszczęścia cały świat, tylko nie siebie. Od samego początku nie przypadł mi do gustu i uwierzcie mi, powstrzymywałam się, żeby nie podrzeć książki z irytacji. Jednak nie zrozumcie mnie źle! Levithan odwalił kawał dobrej roboty tworząc tak niesamowitą postać jaką jest zdesperowany Will-gej. Mimo zdenerwowania, jego psychika bardzo mnie zaciekawiła, a cenię sobie takie nietuzinkowe postacie!

„Kompromis polega na tym, że ty robisz to, o co cię proszę, a ja robię to, co chce.”

   Jeśli chodzi o tego Willa-hetero, do niego nic nie mam. Zwykły chłopczyna , który jest tak nudny, że nie ma czym się irytować... jak i zachwycać. Ma na oku dziewczynę, która mu się podoba, przyjaciela-geja (nie, nie Willa), który jest dosyć... pewny siebie oraz kochających rodziców. Czego chcieć więcej? Mogłabym się rozpisać na jego temat, ale co ja mam mówić? Nie ma w nim nic, co przykułoby moją uwagę.

   Oczywiście nie brakuje tu Greenowego stylu, sentencji... no, po prostu tego czegoś. Lubię autora i niczym mi nie podpadł, dlatego w tej kwestii nie mam na co narzekać. Wiecie, oryginalny pomysł zrealizowany w typowo amerykański sposób. W sumie to nie miałam co do tej książki wielkich oczekiwań i spokojnie zmieściła się w swoich standardach. Luźna, lekka, ciepła i przyjemna lektura w sam raz na jeden wieczór.

„[...] masz wpływ na wybór swoich przyjaciół, masz wpływ na kształt swojego nosa, ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół.”

   No i myślę, że powinnam się wypowiedzieć. Nasz Will-gej jest gejem, co niespodzianką chyba dla nikogo nie jest. I mimo, że miłością jego życia wcale nie jest drugi Will, mogę stwierdzić, że książki tak przesiąkniętej homoseksualizmem jeszcze nie czytałam. Nie jest to wadą ani zaletą. Jak już wspomniałam wyżej, nikomu do łóżka nie zaglądam, bo to nie moja sprawa kto z kim śpi. Autorzy chcieli stworzyć coś, co będzie tępić homofobię na świecie, jednak nic nadzwyczajnego im nie wyszło.

   Will Grayson, Will Grayson to spokojna, ciepła i bardzo przyjemna lektura w sam raz na jesienny wieczór. Lubię Greena i Levithana, aczkolwiek połączenie tych tak naprawdę dwóch różnych stylów nie wyszło na dobre. Ale nie zniechęcajcie się! Polecam tę książkę wszystkim, którzy szukają jakiegoś dobrego odmóżdżacza. Nie brakuje w niej humoru... nawet można uronić trochę łez! I żeby było jasne, to wbrew pozorom nie historia o miłości czy tolerancji, to kolejna opowieść o sile przyjaźni i o tym kim są dla nas najbliżsi.

„Nie chcę się z tobą pieprzyć. Po prostu cię kocham. Od kiedy to ktoś, z kim chcesz uprawiać seks, staje się najważniejszy? Od kiedy to osoba, z którą chcesz się pieprzyć, musi być dla ciebie tą jedyną, którą kochasz?”

   A co do piosenki... szukałam czegoś co będzie typowo nastoletnie lub z tym okresem będzie się kojarzyć. Lubię Miley, a z tą piosenką wiążę wiele śmiesznych i przyjemnych wspomnień. Swoją drogą, idealnie oddaje klimat powieści.

Adios gatitos! ♥

niedziela, 13 listopada 2016

Z nimi odkryłam Amerykę... „Aż po horyzont” Morgan Matson


   Nie ulega wątpliwości, że marzeniem prawie każdego książkoholika jest niesamowita podróż w nieznane, dlatego wydaje mi się, że książki o podróżach powinny być dosyć pożądanymi pozycjami. Spragnieni przygód? Mam dla Was coś po czym nie usiedzicie w miejscu już nigdy!

   Amy była zwykłą nastolatką... teraz też nią jest. Zmieniło się tylko jej podejście do świata. Stara się ukrywać swoją bolesną przeszłość i żyć normalnie. Kiedy dowiaduje się, że musi odbyć podróż przez niemal całe stany, aby dotrzeć do matki czuje się lekko załamana. Rozumiecie, myśl o spędzeniu czterech dni w samochodzie z chłopakiem, którego prawie nie zna nie jest najlepszą wizją... ale czasem zdarzają się wyjątki.

 „-Moja babcia zawsze mówiła: "Głowa do góry, jutro będzie lepiej".
-A jeżeli nie będzie? - spytałam.
Walcott zaśmiał się krótko i wreszcie pozwolił mi wziąć płytę.
-Wtedy należy powiedzieć sobie to samo następnego dnia. Czyli jutro. Bo może następne jutro będzie lepsze. Skąd możesz wiedzieć? A prędzej czy później nadejdzie taki dzień, po którym jutro naprawdę będzie lepsze.”

   Zaczynałam czytanie tej książki z myślą, że natknęłam się na kolejne młodzieżowe romansidło. Oczywiście, nastawiłam się na potężną dawkę podróżniczego klimatu, o którym mogłam wszędzie przeczytać... i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że romans i z pozoru stereotypowe motywy nie powinny nikogo odrzucać, bo potem okaże się, że straciliśmy naprawdę niesamowitą książkę.

   Jeżeli chodzi o bohaterów, są dosyć przeciętni, ale nie jest to wielkim wykroczeniem, bo w tej książce naprawdę nie o to chodzi. Nie zmienia to faktu, że nie da się ich polubić. Kurczę, kończąc czytanie tej książki miałam wrażenie, że żegnam się z najbliższymi przyjaciółmi. To naprawdę wspaniała cecha.

„Kiedy z kimś się żegnamy, to jakbyśmy komuś mówili, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. To jakbyśmy się zgadzali, że to jest nasza ostatnia rozmowa. Więc jeżeli nie mówimy sobie "do widzenia", jeżeli rozmowy nie skończyliśmy, to znaczy, że będziemy musieli spotkać się znowu.”

   Styl pisania autorki nie jest nawet pisaniem. Pamiętacie jak zachwycałam się językiem Oddam Ci słońce? To teraz wyobraźcie sobie, że Aż po horyzont to litery, które są tylko śladami niesamowitej podróży. Ci co są ze mną dłużej doskonale wiedzą, że podróże to rzecz najbliższa mojemu sercu, dlatego nie trudno sobie wyobrazić jak wielki sentyment mam do tej książki. Co ciekawe, trasa podróży Amy i Rogera jest taka sama, jaką przebyła sama autorka. I wiecie co? To nadaje całej powieści niesamowitej realności... i wzbudza jeszcze większy głód podróży.

   Niesamowite jest to, ilu ciekawych rzeczy możemy się z niej dowiedzieć... Rozumiecie, do tej pory nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak oficjalny napój stanu... Ale mniejsza, nie brakuje tutaj też map, wspaniałych playlist, rachunków, jedzenia, pocztówek, magnesów. Brakuje tylko naszej walizki i czasu na podróż śladami bohaterów.

„Największych odkryć dokonują ci, którzy wcale się tego nie spodziewają. W ten sposób Kolumb odkrył Amerykę. Pinzón dotarł do Brazylii, chociaż zamierzał dopłynąć do Indii Zachodnich. Stanley przypadkiem trafił na wodospad Wiktoria. No i ty. Moje odkrycie, którego dokonałem, chociaż wcale na to nie liczyłem.”

   Najlepszą rzeczą w całej powieści jest prostota, która zazwyczaj odrzuca nas od innych pozycji. Ale tutaj nawet nie zrażajcie się tą wielką miłością, o której mówi nam opis na okładce, bo tak naprawdę jakiś wątek miłosny pojawia się trzydzieści stron przed końcem książki, a mimo wszystko, zapewniam Was, nie odczujecie zawodu. Nie ma żadnego przepychu, zbyt dużej ilości wydarzeń, Jest... idealnie!

„Per aspera ad astra (Przez ciernie do gwiazd).”


   Podsumowując, myślę że jest to obowiązkowa pozycja dla każdego czytelnika spragnionego podróży i lekkiego oderwania od tej szarej rzeczywistości. Nie wyróżnia się niczym, ale jednocześnie jest jedyna w swoim rodzaju. Niesamowicie ciepła, przyjemna oraz pełna humoru i momentów wyciskających z nas łzy. Cudeńko!

   I oczywiście piosenka! Elvis nie znalazł się tu przypadkowo. Nasi bohaterowie to w sumie jedni z największych fanów wokalisty, a dla mnie to kolejny powód, by ich kochać! Naprawdę nie brakuje tutaj cytatów z piosenek, tytułów i niesamowitego klimatu związanego z Elvisem. Raj, raj i jeszcze raz raj!

Buziaczki <3

piątek, 7 października 2016

Wróciłam... z mięsożernej dżungli. „Życie Pi” Yann Martel


   Nie da się nie zauważyć, że mimo wielu prób podtrzymania regularnego dodawania postów, ciągle znikałam na długie tygodnie. Parę razy naszła mnie nawet myśl o zamknięciu bloga. Chociaż moja aktywność była zerowa, nie łudźcie się, że o Was nie pamiętałam! Pamiętałam cały czas! Kierując się moim charakterem, doszłam do wniosku, że taką idiotką nie będę (nie obrażając nikogo) i nie pójdę na łatwiznę, także jestem tutaj i piszę Wam o książce, która w ostatnim czasie w jakiś sposób odsunęła ode mnie wszelkie zmartwienia. Mam nadzieję, że będzie tak cały czas, z każdą inną książką. 
Myślę, że mnie rozumiecie, bo przecież każdy z nas ma w swoim życiu cięższe chwile, a wtedy raczej blogowanie nie idzie nam za dobrze. A lepiej jest robić dokładnie, ale z sercem niż na odwal się, mam rację?

   Czy Wy też lubicie czasem sobie myśleć, co by było gdybyście musieli walczyć o przetrwanie w niesamowicie trudnych warunkach? Tak, ja też. A myśleliście co by było gdybyście wylądowali w szalupie ratunkowej na środku Pacyfiku, sam na sam z hieną, orangutanem, zebrą i niesamowicie niebezpiecznym tygrysem bengalskim? No... to już gorsza wizja przeżycia.
   Z takim przypadkiem spotkał się młody hindus Piscine Molitor Patel, zwany po prostu Pi. Niesamowita historia, po której mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wniosła coś do mojego życia.

„Życie jest tak piękne, że śmierć się w nim zakochała zazdrosną, zaborczą miłością, która zgarnia wszystko, co się da.”

   Pi pod względem swojego wyznania jest dosyć nietypowy. Wyznaje hinduizm, katolicyzm i islam jednocześnie, bo przecież, Bóg jest jeden, prawda? Kurczę pieczone, kolejna postać, która niesamowicie mnie zaskoczyła. Z jednej strony widziałam tyle podobieństw między mną a Patelem, a z drugiej strony czułam, że jesteśmy ogromnym przeciwieństwem. Szczerze mówiąc, były momenty, w których chciałam wejść na tę szalupę i być tam razem z Pi... i Richardem Parkerem, bo takie imię nosi tygrys

   To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale jestem przekonana, że nie ostatnie. Uwierzcie mi, opisy nie muszą być nudne, a ilość karteczek samoprzylepnych, które wykorzystałam do zaznaczania ulubionych fragmentów przewyższa wszelkie oczekiwania. Mogłabym się rozwodzić nad mądrością tej książki, ale tego nie da się ująć w paru zdaniach, to trzeba poczuć!

„Wybrać powątpiewanie jako filozofię życia to jak wybrać bezruch jako środek transportu.”

   Już na samym początku warto zapoznać się z notą od autora, która mówi o tym, że historia mogła zdarzyć się naprawdę, ponieważ, jak twierdzi Martel, usłyszał tę historię od samego Pi, a na końcu po prostu ją spisał. I wiecie co jeszcze usłyszał? Że dzięki niej uwierzy w Boga. Śmieszne, co? Ha! A powiem Wam, że właśnie nie! Bo wiecie, jest jeszcze druga wersja przygód Patela, bardziej... realna. Autor nie usłyszał od hindusa wprost powiedzianego zdania, które informuje o tym, w którą trzeba wierzyć. I tak samo jest z Bogiem. Wybór i wiara zależy tylko i wyłącznie od nas.

„Religia to nie cyrk, z nieboszczykami wyskakującymi co chwila z grobów!”

   Narracja jest oczywiście pierwszoosobowa. Spotykamy się z młodziutkim Pi, który dopiero poznaje świat, szesnastolatkiem walczącym o przetrwanie oraz starszym, doświadczonym i szczęśliwym mężczyzną, który może podzielić się naprawdę wszystkim ze swoimi dziećmi. Jego postać jest wręcz genialna, kocham każdy dialog z tej książki, każdy ciągnący się stronami opis zamieszczony w tej powieści. A wiecie co jest jeszcze genialniejsze? Postacie, których mamy nienawidzić, są tak cholernie dobrze stworzone, że nienawidzę ich bardziej niż można się tego spodziewać. (Widzicie, czasem nienawiść jest dobrą oznaką)

   Spójrzcie tylko na okładkę! Czy ona nie jest piękna? Nie wiem jak Wy, ale ja się w niej zakochałam od razu. Trudno to opisać, ale zdecydowanie wyraża wszystkie emocje jakie można odczuć podczas czytania. To trochę dziwne, ale czytając tę książkę wszystko miało kolor takie soczystej pomarańczy (swoją drogą, to określenie nie jest przypadkowe :))

„Tacy jak ja walczą, walczą, walczą do końca. Walczą, nie bacząc na koszty, na ponoszone straty, na znikome prawdopodobieństwo powodzenia. Walczą do samego końca. Nie jest to kwestia odwagi, ale cecha organiczna, niezdolność do zaniechania. A być może tylko zwykła, głupia żądza życia.”

   Wbrew pozorom, większość wydarzeń rozgrywa się tylko i wyłącznie w szalupie ratunkowej. Za mało akcji? PHI! Chyba śnicie! Fabuła wcale nie jest statyczna i możecie mi wierzyć, nie znudzicie się ani przez chwilę. A z drugiej strony, nawet nie o akcję tu chodzi. Bo co jak co, ale ta historia nie ma na celu dostarczenia nam tylko i wyłącznie rozrywki z niesamowicie wartkiej akcji. Chcecie wiedzieć czego? Kurczę... to zapraszam do lektury!

   No, dosyć tego główkowania! Wiadome jest to, że książka ta przekazuje wiele rzeczy, ale nie o tym przecież chcę ciągle nawijać. Powiem szczerze, że tu następuję ten moment, w którym nie wiem co mam powiedzieć. Cokolwiek dodam, może być uznane jako spoiler, cokolwiek powiem z własnych odczuć, zabiorę Wam możliwość samodzielnego zapoznania się z książką i wniknięcia w jej świat. Nie potrafię powiedzieć niczego więcej. Po prostu, przeczytajcie „Życie Pi”.

„Jeśli my, obywatele nie będziemy wspierać naszych artystów, złożymy naszą wyobraźnię na ołtarzu topornego realizmu, a to oznacza utratę wiary i pogrążenie się w jałowych snach”

   Ach! Oczywiście! Piosenka! Powiem Wam, że Vellai Pookal znalazłam pewnego dnia na YoutTubie i jak się okazało, jest to soundtrack z filmu, którego nazwy wymówić nie potrafię (Nie przetłumaczono go na polski). Nie mam pojęcia o czym jest ta piosenka, bo nie mam w głowie indyjskiego słownika, ale jedno jest pewne. Towarzyszyła mi cały czas podczas czytania o zmaganiach Pi i za każdym razem, gdy ją słyszę, przed oczami stają mi te niesamowite obrazy... sami rozumiecie, naprawdę piękna!

   I znowu przerwa, ale wakacje minęły a mój zapał do czytania powrócił... także chyba nie ma się co martwić :)
Adios!

piątek, 2 września 2016

Beatlesi ogarniają mój książkowy umysł... czyli recenzja „Oddam ci słońce” Jandy Nelson


   Nosz jasna choinka!
   Co tu się porobiło?
   Wchodzę na bloggera i poczułam się jakbym była tutaj pierwszy raz...
   Święta Petronelo, ja i te moje przerwy!
   Ale muszę się Wam pochwalić! Przeczytałam książkę!
   Wow! Laura przeczytała książkę, szok, prawda?

          

   Poznajcie Jude! Moją bratnią duszę, jedną z najlepszych postaci na jakie natknęłam się w książkach! W prawdzie ja nie jestem taka przesądna jak ona, ale kurczę... wiecie jak to jest, gdy ktoś robi to co wy byście zrobili na jego miejscu? No właśnie! Także, oto Jude, odważna, zakręcona i zbuntowana... no... kiedyś przyjaciela miała w swoim bracie.
   
Hej Noah, przywitaj się! Kurczę, co temu chłopakowi siedzi w głowie? Artysta z niesamowitym talentem plastycznym, którego bardzo trudno rozgryźć. Bywa irytujący... aczkolwiek ciepło się robi na sercu, gdy tylko wspomni się to imię... Co gdyby takich wrażliwych ludzi było więcej? O kurka wodna! A, własnie, Noah, co się stało, że kontakt z siostrą się zniszczył?

   „Kiedy spotykasz pokrewną duszę, to tak jakbyś wszedł do domu, w którym już kiedyś byłeś - rozpoznajesz meble, obrazy na ścianach, książki na półkach, zawartość szuflad: znalazłbyś tam drogę nawet po ciemku.”

   Zdążyłam właśnie odłożyć tę książkę na półkę. To było coś! Niczym muzeum sztuki na wyciągnięcie ręki. Nieźle, prawda? Bo wyobraźcie sobie Picasso tworzącego słowami zamiast pędzlem. Wtedy już nie nazywałby się Pablo Picasso, ale Jandy Nelson. Z czymś takim się jeszcze nigdy nie spotkałam. Z taką umiejętnością władania językiem i słowami tak prostymi, które tworzą najpiękniejszy i najbogatszy w szczegóły obraz. Coś co trafia do każdego, zostawiając pełno kolorowych wariacji w umyśle. Metafora nie jest tutaj dobrym określeniem. Jest zbyt prosta i szara. Można ją nazwać motylem, którego skrzydła potrafią wzburzyć ocean w każdym człowieku, poruszyć gałęzie drzew i obudzić nasze prywatne słońce, które będzie nam oświetlać myśli i wybory podejmowane na drodze do celu.

„To było zarazem dobre i złe. Miłość buduje i niszczy. Tak samo uparcie daje radość i łamie serce.”

   Kim są w ogóle bliźnięta? Tak, tak, oczywiście, to Noah i Jude. Ale zastanówcie się głębiej nad tym słowem. Czy to tylko niesamowicie podobne rysy twarzy, oczy, włosy, nos, sposób chodzenia, czy może ten sam sposób myślenia, podejmowanie takich samych decyzji. A może jest wręcz przeciwnie? Może bliźnięta są jak ogień i woda? Jak odbicie w krzywym zwierciadle? Powiem jedno, Noah i Jude można zakwalifikować do każdej tej kategorii. Z taką mieszanką wybuchową nie spotkaliście się nawet na lekcjach chemii!

   Oczywiście mamy tutaj styczność z narracją dwuosobową. Zapewne nie raz spotkaliście się z rozprawą sądową, w telewizji, na żywo... każdy ma swoją wersję wydarzeń, prawda? Jedna jest prawdziwa, a druga aż ocieka kłamstwem i fałszem. Zdarza się również, że z pozoru dwa inne zeznania są prawdziwe. I jak się pewnie domyślacie, ostatnia opcja dotyczy naszych bohaterów. Myślę sobie, że Jandy Nelson mogłaby pisać kryminały!


„Albo pływasz, albo toniesz, takie jest życie.”

   Noah to młody gej o niesamowitym talencie artystycznym, którego marzeniem jest dostanie się do szkoły plastycznej. Powiem szczerze, że nie pamiętam kiedy spotkałam się z tak dobrze rozrysowaną postacią. Tak dobrze, że w pewnym momencie miałam go dość. Nie sugerujcie się akurat tym, bo to po prostu moje zdanie co do ogólnego charakteru ludzi, do których należy właśnie Noah. Pani Nelson należą się gratulację za potraktowanie homoseksualizmu jako coś najzwyczajniejszego w świecie, bo niestety mało jest takich ludzi. A mnie denerwuje robienie afery z miłości jak każda inna!
   A Jude? Super dziewczyna! Czuję, że gdybym spotkała ją w prawdziwym życiu nadawałybyśmy na wspólnych falach. Niesamowicie wykreowana postać, której nie potrafię nie lubić. Dlatego, Jude, uwielbiam Cię! 


„Posłuchaj mnie. Trzeba dużo odwagi, żeby być uczciwym wobec siebie, wobec własnego serca. Zawsze byłeś bardzo odważny i modlę się, żeby ciągle tak było. Jesteś za to odpowiedzialny, Noah, pamiętaj.”

   Oddam ci słońce to opowieść o relacjach między rodzeństwem i rodzicami, działającymi w każdą stronę. Historia o miłości, poświęceniu i zaufaniu oraz podejmowaniu w życiu ważnych decyzji, Jest to jedna z naprawdę niewielu książek, którą na Lubimy Czytać oceniłam 10/10... więc musi być coś na rzeczy. Po prostu to przeczytajcie!

   Okej, piosenka była dla mnie oczywista od początku. Wiedziałam, że muszą to być Beatlesi i wiedziałam, że muszę umieścić tutaj piosenkę Hey, Jude. Sama nie wiem, teraz, gdy jej słucham, mam przed oczami Noah, jego siostrę i ich wspólną i niezwykle bogatą w barwy historię.

I TAK TEMATYCZNIE, POSTANOWIŁAM POKOLOROWAĆ SWOJE PAPLANIE!

piątek, 12 sierpnia 2016

Liebster Blog Award #4 #5

Hejka!
Coś w te wakacje ciężko idzie mi blogowanie. 10 miesięcy była to dla mnie rutyna i jakoś wiązałam to ze szkołą, więc kiedy nie ma nauki, odechciało mi się już wszystkiego. Przez ostatni miesiąc też dostałam dwie nominacje do LBA! Że czytanie książek w wakacje od zawsze szło mi niezbyt dobrze, a post jakiś być musi, postanowiłam odpowiedzieć na pytania dziewczyn. Także tego... dziękuję Quidportavi oraz Czarodziejce książek za wyrwanie mnie z tej nudy! No i oczywiście zapraszam na ich blogi, jest co poczytać! :D

Pytania od Quidportavi (które swoją drogą bardzo mi się podobają)

1. Jest wojna. Ty masz skompletować pięcioosobową drużynę, która będzie nas bronić. Których książkowych bohaterów wybierzesz? Dlaczego akurat ich?
Dobra, na początek muszę się zastanowić czy patrzeć na charakter czy na umiejętności, bo w drużynie trzeba się jakoś dogadać i każda kłótnia zaburza współpracę!
Na początek idzie Johanna z Igrzysk Śmierci. Tutaj kierowałam się bardziej osobowością, bo wiecie... potrzeba takich zdecydowanych i konkretnych ludzi!
Następnie typuję... no dobra, masz tę robotę Harry! Bo czarami można zdziałać wiele, dlatego uważam, że Potter nadaje się tutaj idealnie.
Jace z Darów Anioła! Z początku rozmyślałam nad Magnusem (moim mężem, wiadomo), ale przestraszyła mnie wizja jego rozkojarzenia w przypadku zobaczenia jakiejś błyskotki... no, wiecie o co mi chodzi. Także Jace, charakter masz ciężki, ale walczyć potrafisz!
Ach! Zapomniałabym prawie o postaci, która jak dla mnie powinna się tutaj znaleźć, a nawet dowodzić całą drużyną... oczywiście chodzi mi tu o Marka Watneya z Marsjanina. Kurcze, znacie lepszy przykład tak wytrzymałego i niesamowicie odważnego człowieka?
I ostatnia osoba... szczerze mówiąc mam niemały problem. Stawiam na Sama Temple'a z GONE. Oczywiście chodzi o jego niesamowitą moc! Te ogniste dłonie mogłyby być bardzo pomocne!

2. Jeśli mogłabyś wcielić się w jednego z książkowych bohaterów, to na kogo padł by Twój wybór?
Nie chcę być przewidywalna, ale co ja poradzę. Mark Watney! No powiedzcie mi czy nie chcieliście wylądować na Marsie? Bo ja bym bardzo chciała. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw... ale przecież byłabym Markiem :D
3. Możesz porozmawiać z jedną z literackich postaci. Kogo wybierasz? Czemu?
Mały Książę! Mały Książę! Wspominałam o Małym Księciu? Jeju, wyobrażacie sobie jak dużo człowiek mógłby wynieść z takiej rozmowy? Bo dla mnie to by była lekcja życia!

4. Którą porę roku lubisz najbardziej i dlaczego?
Jestem człowiekiem ciepłolubnym i idealna temperatura to dla mnie 30+, ale tak czy siak, nie potrafię wybrać jednej ulubionej pory roku. Każda jest w jakiś sposób piękna i niesamowicie magiczna.

5. Czy miałaś jakąś dziwną historię/sytuację związaną z blogiem?
Na tę chwilę nie mogę sobie przypomnieć niczego ciekawego... więc raczej nie.

6. Dlaczego założyłaś swojego bloga?
Aaaa, no właśnie! Moja mama kilka lat temu wkręciła się w tę całą blogosferę. Ja wtedy za bardzo nie ogarniałam o co w tym wszystkim chodzi... do czasu! Pewnego dnia natknęłam się na jakiegoś bloga książkowego (nazwy nie pamiętam), a że czytać kochałam od bardzo dawna, to sobie pomyślałam, że czemu sama nie mogę zacząć pisać recenzji? No i tak to się zaczęło, trwa i będzie trwać jeszcze dłuuugo! :D

7. Jaką książkę poleciłabyś na dobry początek komuś, kto dopiero zaczyna przygodę z książkami?
Może pójdę trochę na łatwiznę, ale jest to Harry Potter. Większość książkoholików swoje nałogowe czytanie zaczynało właśnie od tej serii, więc jest to chyba najbezpieczniejsza opcja.

8. Co najbardziej irytuje Cię w Blogosferze?
Pisanie tylko dla współpracy! Jak ja tego nie znoszę! A fe! Blog jest takim domem, o który trzeba dbać i utrzymywać w dobrym stanie z PASJĄ I ZAANGAŻOWANIEM. Dodatkowo bezinteresownie. Czy sprzątacie swój pokój tylko wtedy, gdy rodzice zaproponują Wam wynagrodzenie? W większości raczej nie. Ta samo jest z pisaniem. Nie pisze się recenzji dla wynagrodzenia, ale dla samej pasji! I jeżeli komuś to nie odpowiada, radzę poszukać sobie innego zajęcia. 

9. Czym się kierujesz przy wyborze książki?
Nie będę oszukiwać. Okładka i tytuł grają tutaj główną rolę, bo przecież jest to coś co widzimy na półce na samym początku, a dopiero gdy nas zainteresuje, sięgamy po opis. Nie wiem co jest ze mną nie tak, ale mam dziwne zdolności zapominania opisów zaraz po ich przeczytaniu, dlatego w większości kieruję się po prostu gatunkiem i opiniami innych czytelników.

10. Co ci chodzi po głowie?
Czekolada, którą już wczoraj zjadłam :(

11. Jaka piosenka dziś Ci towarzyszy?
AHAHAHAHA! Jakie idealne pytanie! Bo wiecie, że Green Day nagrał nową piosenkę i szykuje się kolejny album? Dosłownie wczoraj singiel Bang Bang pojawił się na ich stronie i już podbił serca wielu fanów! (W tym moje) Dla zainteresowanych, piosenka już znajduję się na Spotify i YouTube (polecam :P)


No i pytania od Czarodziejki! :D

1. Czy bardziej wolisz czytać książki w formie papierowej czy elektronicznej?
Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Zwykle czytam książki papierowe, ale nie mam nic przeciwko e-bookom.

2. Częściej kupujesz czy wypożyczasz książki?
Zdecydowanie wypożyczam. Jedyna książka jaką kupiłam w tym roku (oprócz podręczników) jest biografia Johna Lennona. Nie zmienia do faktu, że biblioteczki aż takiej małej nie mam. Posiadam sporo książek, które wygrałam w przeróżnych konkursach lub dostałam w prezencie. A tak swoją drogą, kocham wypożyczać książki, nawet takie zniszczone, na których widać ślady użytkowania, bo wiecie, smutno mi się robi kiedy patrze na książkę piękną i niezniszczoną, a okazuje się, że tylko dwie osoby na rok ją wypożyczyły i przeczytały. A kiedy patrzę na ślady po jedzeniu, kartki, które widać, że były zamoczone... mam wrażenie, że ta książka ma duszę, przeżyła wiele i nadal może służyć innym. I oczywiście ta świadomość, że nie tylko ja ją czytałam... to wydaje się być takie magiczne <3

3. Jeżeli zaczynasz czytać książkę i ona Ci się nie spodoba to kontynuujesz ją?
Zależy kiedy! Jestem dziwnym człowiekiem i czasem potrafię czytać niesamowicie beznadziejną książkę z wielką przyjemnością. Dlaczego? Bo często mam ochotę po prostu coś pokrytykować i powiedzieć jakie jest głupie! Ale jeśli oczekuję od książki czegoś co mnie mile zaskoczy, a otrzymuję coś co nie nadaje się do czytania to oczywiście odkładam. Po co się męczyć?

4. Czy lubisz czytać książki w każdym miejscu na świecie?
Oczywiście, że tak! Nie jest ważne gdzie czytam, ale co! :D

5. Jaka jest Twoja ulubiona książka?
Nie potrafię wybrać jednej, chociaż w takich pytaniach zwykle nasuwają mi się dwie odpowiedzi: Kwiaty na poddaszu i Zabić Drozda, ale spokojnie, jest ich jeszcze więcej!

6. Co cię skłoniło do założenia bloga?
Wspominałam już o tym wyżej. Była to moja mama i moja miłość do książek.

7. Podaj ulubiony cytat z jakiejś książki.
Podawałam przy ostatnim LBA, ale powtórzę dla tych co nie czytali :D

„Może zakochani wcale nie powinni patrzeć na ziemię? Ziemia oznacza rzeczywistość, a rzeczywistość frustracje, nieprzewidziane choroby, śmierć, morderstwa i wszelkie inne tragedie. Kochankowie powinni patrzeć w niebo, bo tylko tam ich piękne złudzenia nie mogą być podeptane.”

Oczywiście jest to cytat z Kwiatów na poddaszu, który najbardziej zapisał się w mojej pamięci <3

8. Co oprócz czytania lubisz robić?
Ha! Pisać oczywiście! Wspominałam już, że mam opowiadanie w przygotowaniu, więc czekajcie, bo udostępnię je Wam już niedługo! :D
Kocham również podróże... jak chyba większość książkoholików.

9. Jaki gatunek książek lubisz najbardziej?
Nie mam ulubionego. Generalnie staram się omijać fantastykę i wszelkie elfy, skrzaty i smoki... ale raczej staram się czytać każdy rodzaj literatury.

10. Z jaką postacią z książki mogłabyś się utożsamić?
No proszę państwa! Co to za pytanie?! Oczywiście, że z Christopherem McCandlessem! Pamiętam, że jak powiedziałam do na polskim w szkole, zostałam wyśmiana, że utożsamiam się z kimś kto pomylił roślinki i zmarł (nie jest to spoiler, bo Wszystko za życie zostało napisane na podstawie prawdziwych wydarzeń właśnie po śmierci Chrisa... i film również polecam :D) Ale kurczę, nie patrzmy tak szablonowo! Człowiekiem był niesamowitym i cały czas mam wrażenie, że gdyby mógł, zrozumiałby mnie najlepiej w każdych chwilach mojego życia.

11. Powiedz, jakie korzyści czerpiesz z czytania?
Dobrze spędzony czas i większa wiedza. I to co zauważyłam przez ostatnie lata, większa empatia, zdecydowanie i inne spojrzenie na świat. Zauważyłam też, że moje prowadzenie rozmów z ludźmi jest bardziej urozmaicone... to samo tyczy się kłótni :P

I to na tyle. Z żalem stwierdzam, że nie mam kogo nominować. Przejrzałam wszystkie blogi, które obserwuję i okazało się, że wszystkich już kiedyś nominowałam... albo mam słaby wzrok, także wybaczcie mi ten raz dzisiaj, a teraz trzymajcie się!
Buziaki! :*

wtorek, 9 sierpnia 2016

Jak bardzo rockandrollowa może być miłość? „Nick i Norah. Playlista dla dwojga” David Levithan&Rachel Cohn


   Hej hej!
   Jesteście gotowi na potężną dawkę rocka? Super, bo ja też! Także tego... muzyka na full i słuchamy Green Daya!

   Nick gra w zespole. Jakiś czas temu przeżył zawód miłosny i muzyką próbuje posklejać złamane serce. Jego była dziewczyna, typowa łamaczka serc przychodzi na jego koncert i... sprawia, że Nick poznaje swoją prawdziwą miłość. Czy nieznajoma Norah, która ma za zadanie tylko i wyłącznie udawać dziewczynę Nicka przy jego byłej, może stać się kimś o wiele więcej niż pięciominutową partnerką?

„Życie każdego człowieka to osobna opowieść.”

   Słyszeliście o tej książce? Czytaliście opinie wielu ludzi na jej temat? Zaglądaliście na Lubimy Czytać, aby choć trochę się o niej dowiedzieć? Ja to zrobiłam z nadzieją, że poczuję się trochę zachęcona do jej przeczytania. A co znalazłam? Same przykre słowa, rozczarowania i wszelkie złe wyrażenia skierowane ku tej powieści. Wiecie, zaczęłam się zastanawiać czy to ze mną coś nie tak, czy może ze znaczną częścią czytelników. Tak, wiem, o gustach się nie dyskutuje, ale czasem mam wrażenie, że ludzie uważają, że książka powinna być tylko i wyłącznie smutna, dołująca, wyciskająca morze łez, że powinna być taką, którą zapamiętamy na długo tylko przez nietypowy temat i silne emocje, które sprawiają, że jest nam niesamowicie smutno. A co z tymi pozycjami, które może nie są wielce ambitne, ale sprawiają, że na naszej twarzy pojawia się uśmiech? Co z tymi książkami, które pochłania się w jeden wieczór i wspomina mile, bo tak bardzo dotyczą naszego życia, przeżyć i wielu innych doświadczeń? Czemu raz na jakiś czas nie można sobie pozwolić na coś niesamowicie realnego? Dlaczego nie można uciec od tych przerysowanych powieści, które pokazują życie od najgorszej strony, które starają się nam pokazać jak wszystkim w życiu ciężko? Bo nie chcemy czytać o tym co nas otacza. Wolimy uciec w świat tego jak byśmy chcieli żyć albo jak byśmy nie chcieli.

„To Ty decydujesz, kiedy noc ma się skończyć. Reszta to kwestia wysokości słońca nad horyzontem. Ma to niewiele wspólnego z nami.”

   Ci co czytali tę książkę pewnie zastanawiają się, co takiego w niej niesamowicie realnego? Przecież to romansidło jak każde inne. Sama nie znam na to odpowiedzi. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam wrażenie, że tak dobrze rozumiem bohaterów i przez to aż trudno wyrazić mi to słowami. Miałam wrażenie, że to pierwsza książka, która nie ma w sobie wyidealizowanych postaci oraz pełnej bólu i cierpienia miłości. Oczywiście, Norah i Nick mają za sobą wiele smutnych przeżyć, ale jeżeli wziąć pod uwagę całokształt, należą się brawa za to niesamowite ciepło w sercu.

   Może być to spowodowane tym, że większość wydarzeń kręci się wokół muzyki punk rockowej. To właśnie ona sprawia, że możemy jeszcze bardziej poczuć to co dzieje się w książce. Nic więc dziwnego, że podczas czytania pomyślałam sobie od razu Oho, włączam Green Daya. Nie był to błąd! Ta muzyka pozwoliła mi jeszcze lepiej wczuć się w to co czytam. Bo wiecie, cała akcja powieści toczy się przez jedną jedyną noc, a dzięki GD mogłam niemal poczuć ten klimat, zapach asfaltu, deszczu czy wielu innych rzeczy w moich nozdrzach. Mam wrażenie, że tę atmosferę pokocha każdy, kto choć raz miał okazję nie tyle być poza domem w nocy, ale spacerować, pochłaniać niemal miasto nocą. Rozumiecie o co mi chodzi?

„Siedzę na krawężniku. Jestem obecny tu i teraz. Przyjmuję chwilę taką, jaka jest. Z całą jej pustką. Przyjmuję to, jak się czuję, kim jestem, a kim nie.”

   Pamiętacie jak mówiłam o Maybe Someday? Nie byłam zbyt zadowolona. Przecież Nick i Norah to bardzo podobna literatura, a może nawet gorsza. Kto tak pomyślał? Mogłabym się z tym zgodzić gdyby nie różnice w zachowaniach bohaterów. Nie ma tutaj żadnej wiecznie płaczącej Sydney czy przerysowanego, głuchego muzyka. Sama nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie, że spotkałam w końcu NORMALNYCH bohaterów.

„Nagle głośniki eksplodują nową falą, muzyka pulsuje, a jej rytm dyktuje moje bicie serca – i jej serca również. Ja to wiem, ona to wie. Pewnie moglibyśmy rozdzielić się w tej chwili i to byłby koniec. Spoglądam na nią, ona też patrzy mi w oczy i staje się jasne, że obydwoje czujemy to samo – czystą ekscytację, czystą radość z tu i teraz.”

   Nie mogę zapomnieć o narracji. Co rozdział poznajemy wydarzenia z punktu widzenia Nory lub Nicka. Wiecie doskonale, że nie przepadam za czymś takim. Jednak w tym wypadku sama czułam się zaskoczona tym, że bardzo mi się to podobało. I na dodatek, nie pogubiłam się jak to było w przypadku Maybe Someday. Także, jeżeli znacie książki z dobrze poprowadzoną dwuosobową narracją, polecajcie w komentarzach!

   I w końcu przyszedł czas na to, na co czekałam! Chodzi o piosenki. Mój dylemat był tak ogromny, że postanowiłam pokazać Wam dwie. Tych utworów słuchałam najczęściej podczas czytania i przełączałam wraz ze zmianą akcji z szybszej na wolniejszą lub odwrotnie. Nie był to kłopot, bo pochłonęłam tę książkę w około dwie godziny. Ale mniejsza, uwierzcie mi, słuchając piosenek Green Daya, poczujecie się niemal jak w środku nocy na Manhattanie razem z bohaterami.

   Więc wsiądziecie w metro, które zawiezie Was wprost do rockandrollowego Nowego Yorku?

czwartek, 4 sierpnia 2016

Nigdy nie odróżniałam kolorów. „Idź, postaw wartownika” Harper Lee


   Cześć!
   Dzisiaj przychodzę do Was z książką, której przeczytanie odkładałam naprawdę bardzo długo. Wyczaiłam ją na promocji w Matrasie za całe dziesięć złotych! Nie mogłam się oprzeć i czym prędzej kupiłam najnowszy debiut Harper Lee. Ci co są ze mną dłużej wiedzą, że kocham całym sercem dwie książki, Kwiaty na poddaszu oraz Zabić Drozda. Do tej listy na pewno nie mogę dopisać Idź, postaw wartownika. Nie twierdzę, że jest zła... chodzi mi to, że pewne rzeczy nie mieszczą mi się w głowie i nawet nie umiem przelać moich myśli na pisany tutaj tekst. Książka niesamowicie kontrowersyjna, która pozostawia w czytelniku mnóstwo sprzecznych ze sobą myśli.
UWAGA
Z góry przepraszam za tak pogmatwaną recenzję, ale są rzeczy, których nie potrafię wyrazić słowami, dlatego wybaczcie mi wszelkie błędy logistyczne i takie typowe masło maślane.

   Dwudziestosześcioletnia Jean Louis, zwana Skautem, wraca z Nowego Jorku do swojej rodzinnej miejscowości Maycomb. Nie spodziewa się jednak takiego obrotu spraw. Trwają właśnie spory na temat przyznania Murzynom pełnych praw obywatelskich. Czy wszystko może iść tak gładko? Skaut poznaje prawdę o swoich bliskich, która nie jest do końca taka piękna. Wracają również jej wspomnienia z dzieciństwa u boku brata Jema i ojca Atticusa. Jak bardzo życie Jean Louis obróciło się do góry nogami?

„Pamiętaj i o tym: zawsze łatwo spoglądać wstecz i dostrzec, jacy byliśmy wczoraj albo dziesięć lat temu. Trudno natomiast zobaczyć, jacy jesteśmy. Będzie ci łatwiej, gdy opanujesz tę sztukę.”

   W tej książce spotykamy się z jeszcze większą falą rasizmu niż mogło nam się wydawać. Atticus i tak odmienne poglądy? Czy to nie brzmi śmiesznie? Pamiętacie zapewne, że przy recenzji Zabić Drozda wspominałam o świecie opisanym z punktu widzenia sześcioletniej dziewczynki. W takim razie macie teraz okazję poznać o nim prawdę. Bo nic nie może być takie piękne i... kolorowe.

   Przyznam się, że spodziewałam się szoku, ale nie takiego. Harper Lee postanowiła ukazać prawdziwą rzeczywistość, rzeczywistość rasistowską bez owijania w bawełnę. W latach pięćdziesiątych, kiedy ta powieść powstała, odrzucono jej wydanie właśnie przez jej kontrowersyjny temat i  zupełnie inne poglądy bohaterów niż przystało na tolerancyjnych ludzi. Na szczęście doczekała się swojej premiery teraz, w tym roku, aby uświadomić nam jak naprawdę wygląda życie. Przecież nie ma co się oszukiwać i tworzyć postacie walczące z segregacją rasową skoro tak naprawdę większość białych ludzi zostało wręcz pożartych przez ten... trend na rasistowskie poglądy i bardzo trudno było pozostać tolerancyjnym, chociażby przez presję znajomych.

„Uprzedzenie - to brudne słowo - oraz wiara - słowo jakże czyste - mają ze sobą coś wspólnego: zaczynają się tam, gdzie kończy się rozum.”

   Warto wspomnieć o tym, że pierwotna wersja tej książki przeleżała u Harper Lee ponad pięćdziesiąt lat, zupełnie zapomniana. Przypadkiem znalazła ją jej prawniczka i tak to się stało, że została wydana. I teraz błagam, dlaczego gdzie się nie spojrzy ludzie piszą, że był to błąd? Boicie się rzeczywistości? Boicie się tego co było kiedyś? Na siłę wmawiacie sobie, że wszystko było w jak najlepszym porządku? Uważam, że jest to temat, o którym trzeba rozmawiać. Nie ważne jak bardzo odbiega od naszych poglądów. Od rzeczywistości nie uciekniemy, a nawet możemy uświadomić sobie coś ważnego. To jak uczenie się na cudzych błędach. Ja nie twierdzę, że nie jestem osobą tolerancyjną (patrz, tytuł posta), chodzi mi głównie o tworzenie tematów tabu. Nie ma czegoś takiego jak temat tabu. Uważam, że Lee odwaliła kawał dobrej roboty, pisząc kontynuację Zabić Drozda i pokazała ze swojej strony niezwykłą odwagę.

   Chodzi tutaj głównie o to, jak kto postrzega wiele spraw. Zakładam, że czytają to ludzie o różnych poglądach i przez nie właśnie inaczej patrzą na tę powieść. Może się ona wydawać książką, która szerzy nietolerancję wśród czytelników, ale czy taki był zamiar? Myślę, że autorce chodziło o ukazanie PRAWDZIWEGO życia Murzynów i ludzi białych.

Ślepa, właśnie taka jestem. Nigdy tak naprawdę nie otworzyłam oczu. Nigdy nie pomyślałam, by wejrzeć ludziom w serca - patrzyłam tylko na twarze.

   Dobra, koniec mojego gadania o tym i tamtym. Po raz kolejny spotykamy się z niesamowitym językiem Harper Lee. Nie wiem jak Wy, ale ja kocham wszystkie dialogi w jej książkach. Mogłabym je czytać dniami i nocami. Sama nie wiem co takiego w nich nadzwyczajnego. Wiem jedynie tyle, że mają w sobie TO COŚ.

   No i bohaterowie. Każda postać została dokładnie przemyślana. Brakuje schematów, co bardzo mnie cieszy. Skaut mimo dorosłego wieku, nadal ma w sobie coś z dzieciństwa co przypomina mi ten niesamowity klimat Zabić Drozda. Oczywiście MIMO WSZYSTKO postać Atticusa również nie pozostawia niczego do życzenia. Lee ma talent to tworzenia niesamowitych postaci.

„Nie odróżniasz kolorów, Jean Louise. Zawsze tak było i zawsze będzie. Dostrzegasz tylko niektóre różnice dzielące ludzi: w wyglądzie, w inteligencji, w charakterze i tak dalej. Nikt cię jednak nie nauczył spoglądania na nich jako członków tej czy innej rasy, a dziś, gdy rasa to temat dnia, nadal nie potrafisz myśleć takimi kategoriami. Widzisz po prostu ludzi.”

   Podsumowując, polecam tę książkę każdemu, kto ma ochotę na dyskusję o niej. Jestem przygotowana na małą burzę w komentarzach, bo zdaję sobie sprawę, że jest to ciężki i dosyć kontrowersyjny temat. I po raz kolejny powtarzam, nie jestem rasistką, ale realistką (z zajawkami optymizmu of course :P)

   No i co do piosenki. Chyba dużo mówić nie muszę ;)

   A wy czytaliście Idź, postaw wartownika? Co sądzicie o tej książce?

   

niedziela, 24 lipca 2016

Liebster Blog Award #3


Cześć kochani! 
Tu już moja trzecia nominacja do LBA. Tym razem dostałam pytania od Basi z bloga Ostatnia książkoholiczka. Oczywiście bardzo Was zachęcam do zaglądania na jej bloga! 
Pytania od Basi:

1. Ile książek czytasz miesięcznie? (mniej więcej)
W tej kwestii nie jestem jakoś wybitna. Zwykle jest to około pięciu książek, chociaż jakoś maj/czerwiec były to dwie książki na dwa miesiące. Wiecie, szkoła trochę mnie wykończyła.

2. Czy jesteś sroką okładkową?
Tak, tak, tak. Zdecydowanie! Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że książki nie ocenia się po okładce, ale przecież po coś powstała ta szata graficzna... żeby cieszyła nasze oczy!

3. Z jakim bohaterem literackim najchętniej poszłabyś na randkę?
Uuuu, bardzo fajne pytanie! Mogłabym powiedzieć, że jest to Mark Watney, chociaż przeraża mnie myśl, że mógłby mnie zanudzić swoim niezwykle naukowym językiem... a wiecie, ja nie lubię fizyki... Marku, dlaczego nie możesz być humanistą?

4. Najpierw film czy książka?
Cóż, mimo wszystko to bardzo kontrowersyjne pytanie. Jak dla mnie, nie ma niczego złego w obejrzeniu najpierw filmu, potem przeczytaniu książki, chociaż sama staram się najpierw czytać, tylko ze względu na wyobrażenie sobie postaci bohaterów. 

5. Piszesz własne książki? O czym opowiadają?
Ajajaj, miało się nie wydać, no! Jestem w trakcie pisania jednej historii. Jak dobrze pójdzie, opublikuję ją na wattpadzie. Mogę Wam jedynie powiedzieć, że jej akcja toczy się w więzieniu ;)

6. Masz okazję wcielić się w jednego dowolnego bohatera literackiego. Kto to, i dlaczego właśnie on/ona?
Chyba najbardziej ciekawi mnie jak to jest być w skórze Marka Watneta... niezwykle mnie to przeraża, ale jak to mówią, do odważnych świat należy! (Również Mars ;) 

7. Motyw w książce, który Cię nudzi?
Mogłabym Was po prostu odesłać do recenzji Szeptuchy, ale nie chcę iść na łatwiznę. Może to głupio zabrzmi, ale denerwują mnie wszyscy idealni faceci i te ich szare myszki. Chyba jednak większość ludzi irytuje właśnie ten schemat.

8. Plany na drugi miesiąc wakacji?
Hmm, jeżeli chodzi o książki... raczej przeczytam to co mi się nawinie w bibliotece, a jeśli chodzi o to co będę robić... może... to co mi się nawinie w czasie? A! Wiem! Mam zamiar iść do kina na Suicide Squad... wiecie, Jared Leto gra, nie mogę przejść obok obojętnie!

9. Jaki jest Twój ulubiony cytat z ulubionej książki?
Mam wybrać jeden? O święta Petronelo... No dobra... 

„Może zakochani wcale nie powinni patrzeć na ziemię? Ziemia oznacza rzeczywistość, a rzeczywistość frustracje, nieprzewidziane choroby, śmierć, morderstwa i wszelkie inne tragedie. Kochankowie powinni patrzeć w niebo, bo tylko tam ich piękne złudzenia nie mogą być podeptane.”

Oczywiście to cytat z jednej z najlepszych książek na świecie, czyli Kwiaty na poddaszu V.C. Andrews.

10. Twoje OTP.
I znowu tylko jedno? Hoho... No nie byłabym sobą, macie! Cathy i Chris z Kwiatów na poddaszu!

11. Jaki tytuł miała książka od której rozpoczęłaś swoją przygodę z książkami na poważnie?
Nie różnię się zbyt od innych książkoholików... tak, to Harry Potter.

Basi jeszcze raz bardzo dziękuję za nominację. Cóż, wygląda na to, że teraz moja kolej!

Pytania ode mnie:

  1. Oglądasz jakieś seriale? Jakie?
  2. Gdybyś mogła porozmawiać z jakimś pisarzem, kto to by był?
  3. Co według Ciebie powinna zawierać dobra recenzja?
  4. Kolekcjonujesz coś?
  5. Jakie miejsca chciałabyś najbardziej odwiedzić?
  6. Od jak dawna blogujesz?
  7. Skąd pomysł na nazwę bloga?
  8. Trochę reklamy... jakie są Twoje ulubione blogi?
  9. Oglądasz polskich lub zagranicznych booktuberów?
  10. Jesteś humanistą czy raczej ciągnie Cię do przedmiotów ścisłych?
  11. Spotykasz się często z tak zwanymi hejterami? Jak sobie z nimi radzisz?
Nominuję:
Trzymajcie się!
Buziaki ♥

piątek, 22 lipca 2016

A co to za retrospekcja? „Ta dziewczyna” Colleen Hoover


Hej hej!
Zanim zacznę, tych, którzy nie czytali moich recenzji dwóch pierwszych tomów Pułapki uczuć, odsyłam TUTAJ i TUTAJ. Mam nadzieję, że teraz już pamiętacie jak bardzo zachwycona byłam tymi książkami. W końcu dorwałam w swoje ręce ostatni tom tej wspaniałej trylogii i... zastanawiam się w jakim celu powstała ta część.
(Uwaga, przed Wami najkrótszy opis książki, jaki tylko napisałam)

   Will i Layken podczas nocy poślubnej wspominają dawne czasy, czyli powrót do pierwszego tomu.

   Tak, to tyle. Z tą różnicą, że poznajemy wydarzenia z punktu widzenia Willa. Przyznam, że pierwszą połowę książki czytałam z wielkim zapałem, chociaż doskonale było wiadomo co się dalej wydarzy. Historia Lake i Willa została opisana w niezwykle przyjemny i uroczy sposób. Od drugiej połowy książki coś zaczęło się dziać. (Możecie to zapisać) Pierwszy raz czytając romans, pokochałam JĄ, a znienawidziłam JEGO. Ja również w to nie wierzę. Nasz  „chłopak idealny”jest zwykłym (wszyscy narażeni na demoralizację zamykają oczy) dupkiem. Podejrzewam, że gdyby większość powieści z wątkiem miłosnym została napisana w punktu widzenia faceta, to i dziewczyny zmieniłyby zdanie na temat swoich książkowych mężów. Przykro mi, taka prawda. Willowi mówimy zdecydowanie NIE.

„Granica nie jest już tak wyraźnie nakreślona. Nic nie jest już czarno-białe. A ja zaczynam być całkiem pewien, że szary stał się właśnie moim ulubionym kolorem.”

   Pani Hoover zapomniała chyba, że powinna wcielić się w faceta. FA-CE-TA, a nie zrozpaczoną jak podczas miesiączki nastolatkę. Przez znaczną część książki czytamy tylko o tym jak to Willowi smutno, jak to zranił swoją ukochaną, jak to nie wie co ze sobą zrobić... o borze sosnowy. Nie wspomnę o decyzjach przez niego podejmowanych. Ej, gościu, ile masz lat? Czternaście czy dwadzieścia jeden?

   Mam wrażenie, że Ta dziewczyna powstała tylko dlatego, że autorka nie miała pomysłu za zakończenie serii. Szczerze, po co komu ta sama historia opisana oczami innego bohatera? Rozumiem, może miała zostać odkryta jakaś wielka tajemnica, ale przykro mi, nic z tych rzeczy, Swoją drogą, nie przypomina Wam to trochę Greya?


„Nie mam pojęcie, jak to się dzieję, że ktoś może uważać swoje życie za jałową dolinę, w której nie spotka go już nic dobrego, a chwilę później w ułamku sekundy pojawia się ktoś inny i zmienia wszystko jednym uśmiechem.”

   Spragnionym wrażeń polecam czytanie tej książki porą nocną, kiedy jesteśmy na silniejsze odczuwanie emocji niż zazwyczaj. Wtedy może uda się Wam uronić trochę łez. Jednak nie polecam tym, którzy w tej trylogii szukają czegoś nowego. Brak The Avett Brothers, jeśli chodzi o wiersze pojawił się tylko jeden nowy, nieznany do tej pory, co mnie bardzo zmartwiło, bo kochałam cały ten slam.

   Wiedziałam, że w tych czasach wszystkie urocze sceny powinny być zawarte w romansach, ale proszę, to co się działo w tej książce mam już po dziurki w nosie. Pocałunki i obejmowania opisywane co pięć stron i przez pięć stron. Wiecie o co mi chodzi? Więcej książki to sceny okazywania sobie wielkiej miłości zamiast rozwój fabuły.

„Cały wszechświat po prostu nadal istnieje, jakby się nic nie stało, nie bacząc na to, że całe życie jednego człowieka nagle stanęło w miejscu.”

   Trafiłam na parę literówek. Martwi mnie to bardzo, bo ostatnio zauważyłam, że polskie wydawnictwa patrzą na czas wydania, a nie jakość. Przez to korekta przeprowadzana dokładnie, a zwyczajnie na odwal się. Co do pisania pani Hoover nie mam się do czego przyczepić. Prosty język, który bez problemu można zrozumieć.

   Podsumowując, po moim wielkim zachwycie nad pierwszym tomem, stwierdzam, ze szczerze mówiąc, nie opłaca się czytać kolejnych. Nie wnoszą do historii Layken i Willa niczego nowego. Niczego. Jest to przyjemna i ciepła książka, idealna na wakacyjne wieczory.

„Miłość i nienawiść mimo swojej przeciwstawnej natury, są uczuciami wypływającymi z namiętności.”

   I tym żegnam się z Wami, buziaki!

wtorek, 12 lipca 2016

Co to za fenomen? „Szeptucha” Katarzyna Berenika Miszczuk


Hej kochani!
Pamiętacie może czasy Zmierzchu? Pamiętacie, prawda? Super, ja też. Potem pojawiła się seria Szeptem. Choć zdobyła ona większe grono fanów, również okazała się rażąco podobna do wspomnianej wcześniej sagi. No dobra, ale to przecież typowo amerykańskie klimaty. Dlaczego wspominam o tym przy recenzji polskiej książki? ... Ekhem! Przedstawiam Wam amerykańskie schematy w polskim wydaniu!


   Mieszko I, znacie gościa? Zwyczajnie olał sobie chrzest, dlatego Księstwo Polan nadal jest ciemne i zacofane, a ludzie nadal wierzą we wszelkiego rodzaju zabobony i słowiańskie bóstwa. Mimo upływu lat i tego wszechogarniającego nas XXI wieku, Gosława, dla przyjaciół Gosia, aby zostać lekarzem musi udać się na roczne praktyki do szeptuchy. Dziewczyna jest ateistką i z tego co da się zauważyć, ma podobne zdanie do mnie jeśli chodzi o polskie społeczeństwo. Więc co takiego NIEPRZEWIDYWALNEGO może się stać?

„Dramatyzm całej sytuacji szybko znikł, gdy zauważyłam, że podwinęła mi się sukienka, odsłaniając majtki z Hello Kitty.”

   Zwykle staram się unikać wszelkiego rodzaju porównań do innych książek, ale tutaj jakoś nie potrafię się bez tego obyć, dlatego przepraszam wszystkich, którzy w jakiś sposób mogą poczuć się urażeni. Miejcie na uwadze, że będzie to najbardziej subiektywna ocena książki, jaka tylko pojawiła się na tym blogu.  Żeby było jasne, nie mam zamiaru Was zniechęcać, ale uświadomić, że nie wszyscy powinni zabierać się za tworzenie książek wzorując się na pewnym szablonie. Jak pamiętacie, saga Szeptem bardzo mi się podobała, ale wady swoje ma, o Zmierzchu mogę powiedzieć to samo. Także... czytacie na własną odpowiedzialność (Jednak postaram się być łagodna)

   Przed pisaniem tej recenzji czytałam wiele opinii innych ludzi na temat tej książki. Zdziwiło mnie to, że większość wrogów pani Meyer, tak zachwalało Szeptuchę, ale przecież o gustach się nie dyskutuje, prawda? Wracając do fabuły, szara myszka (pierwszy schemat), która przyjaźni się z dziewczyną, kochającą imprezy i chłopców (drugi schemat, który może też kojarzycie), poznaje niesamowicie pięknego blondyna (dobra, blondyn to nie schemat, ale przystojny to już trzeci!) i jej życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni (taaaa...)

   „O, cholera jasna! Poczułam, że robi mi się gorąco.

Jakiż on jest przystojny! To powinno być zabronione. Tacy mogą być tylko aktorzy i piosenkarze, których nie da się dotknąć.
Bo ja miałam wielką ochotę go dotknąć.”

   Gosia! Ty niegrzeczna dziewczyno! Tylko byś dotykała chłopców! Z kogo brałaś przykład, hę? 
Okej, nasza główna bohaterka jest osobą z pozoru wstydliwą, ale pani Miszczuk postanowiła co rozdział zmieniać jej charakter. Może się czepiam, ale studentka medycyny, która ma obsesje na punkcie bakterii i boi się postawić nogę na trawie, bo może złapać kleszcza, nie bała się wymiany osiemdziesięciu milionów bakterii przez jeden pocałunek? (A tu Cię mam! Ha!) Co DZIWNIEJSZE, zawsze w każdym momencie zagrożenie, pojawiał się niesamowicie przystojny Mieszko, który bohatersko ratował Gosławę. I teraz trochę porównań, kojarzycie może Edwarda, który rozkochał w sobie Bellę, żeby potem jej powiedzieć, że nie mogą być razem? To zamieńcie sobie imię Edward na Mieszko, a Bella na Gosia, Muszę wspominać o czymś jeszcze?

„- Widzę, że coś ci leży na wątrobie.

Chyba tłusta kolacja, którą mi przygotowałaś - miałam ochotę zripostować, ale się powstrzymałam.”

   Jeżeli szukacie czegoś nieprzewidywalnego, nie polecam Szeptuchy. To znaczy, róbcie co chcecie, nie wnikam, jednak jak wspomniałam wyżej, subiektywna opinia wygrywa! Znając dwie serie, Zmierzch i Szeptem możemy bez problemu przewidzieć co dalej będzie z naszymi bohaterami, a w niektórych przypadkach nawet i bez ich znajomości. (Chyba, że tylko ja jestem taka inteligentna :P)

   Dobra, żeby nie było ciągłej krytyki, powiem coś o dobrych stronach! (Wow, ja też nie wierzę, że to mówię!) Najlepszy był chyba sam mitologiczny wątek, W prawdzie wierzenia słowiańskie nadal są dla mnie czymś co mnie odrzuca. Generalnie, nie trawię większości mitologii, oprócz nordyckiej (Obowiązkowo wg Sturlusona!), ale pani Miszczuk należy się pochwała za umiejętne (ekhem...) wykorzystanie słowiańskich bóstw w swojej książce! Tak czy siak, wolałabym już nie wracać do tematu Świętowita i innych takich... właśnie.

„Słyszałam co nieco o tych "biesiadach" na wsiach. Podobno, po każdej takiej imprezie dziewięć miesięcy później, wzrastał w naszym cudownym kraju przyrost naturalny.”

   Należy się też pochwała za język. Książkę czytałam niezmiernie szybko i łatwo. W końcu czego spodziewać się po takim rodzaju literatury. Nie brakowało momentów, które zapewne miały być śmieszne, ale to o czym mówiłam wcześniej przyćmiło to i jakimś cudem nie miałam ochoty na żaden śmiech, bardziej zbierały mi się łzy w oczach. 

  Okej, zostawmy moje rozwodzenie się nad tą książką. Co do piosenki, chcę od razu powiedzieć, że przypasowanie jej do tej pozycji wcale nie świadczy o tym, że jej nie lubię, wręcz przeciwnie. Chodzi jednak o klimat jaki tworzy. Mętny, ciągnący się, mozolny i przywodzący na myśl śliniących się do siebie zakochanych bardzo przywiódł mi na myśl Szeptuchę. 

   A wy czytaliście tę książkę? Co o niej sądzicie?

poniedziałek, 4 lipca 2016

Lubię sobie czasem poszperać w cudzym umyśle! „Kąpiąc Lwa” Jonathan Carroll


Hej, hej!
Jak tam wakacje? Pierwszy tydzień za nami, a ja cały czas mam wrażenie, że tylko marnuję czas. Skończyłam jedną książkę, zabrałam się za kolejną. Ale co z życiem poza tymi wszystkimi powieściami? Muszę szybko coś zrobić zanim nadejdzie rok szkolny! :(
Nie przedłużając, pozwólcie, że przedstawię Wam książkę, która moim zdaniem jest najbardziej osobistą historią, dotyczącą każdego z nas!


   Zdarzyło Wam się kiedyś, że zaraz po obudzeniu nie byliście pewni czy to o czym przed chwilą śniliście jest rzeczywistością czy tylko sennym marzeniem? Założę się, że większość z Was doświadczyła takiego uczucia. Ale czy można odczuć takie coś podczas czytania książki? Proszę, spragnieni wrażeń sennych, sięgnijcie po Kąpiąc Lwa. Historia pięciorga ludzi, którym pewnej nocy śni się ten sam sen. Pozwala on wniknąć wszystkim do najskrytszych zakamarków ich psychiki i przeszłości, którą nie zawsze byśmy chcieli zdradzać komuś poza samym sobą. Dziwaczny sen może być rzeczywistością bądź zupełnie odwrotnie. Może przysporzyć wielu problemów czy uratować nas od złego? Spodziewacie się jeszcze innej propozycji?

„Nieszczęścia lubią chodzić parami, a szczęście woli chodzić samo.”

   Czy tylko dla mnie sny są bardzo osobistą rzeczą każdego z osobna? Tylko ja to tak postrzegam? Może nie było tak przed przeczytaniem tej książki, może jestem jakimś ewenementem, który zupełnie inaczej interpretuje różne rzeczy, ale Kąpiąc Lwa jest jedną z tych książek, które nie pozwalają mi wniknąć do przedstawionego świata. Spokojnie, nie postrzegajcie tego jako coś złego, chodzi mi bardziej o to, że pierwszy raz podczas czytania czegokolwiek doznałam dziwnego uczucia „Halo, przecież wtykanie nosa w czyjeś sprawy prywatne jest niegrzeczne”. No okej, co ze mną nie tak? Przecież to tylko bohaterowie, którzy nie istnieją. Tak, właśnie, witajcie w prozie Jonathana Carrolla.

   Zacznę od tego, że przedstawieni bohaterowie skradli moje serce. Bez wyjątku. Wszyscy stworzeni są w ten sposób, że tylko my i nasze przekonania mogą nam powiedzieć kto jest zły, a kto dobry. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Dodatkowo, ułatwia nam to wniknięcie głębiej w ich psychikę... i własnie stąd moje przekonanie, że wtykanie nosa w nie swoje sprawy nie jest dobre. Niestety (albo i stety) nie utożsamiłam się z nikim, co zdarza mi się często. To również z powodu podanego wcześniej. Każdy jest tak indywidualny, że nie da się porównać go do zupełnie innej osoby. Wielki plus za to!


„Ludzie są jak świnie taplające się w błocie. Nic oprócz żarcia lub zagrożenia nie skłoni ich, żeby ruszyć dupsko.”

   Jestem pod wrażeniem tego jak potoczyła się akcja. I to zakończenie! Zapewniam, że większość z Was Kąpiąc Lwa skończy z otwartą buzią, mówiąc WOW. Nie ma tutaj mowy o przewidywalności i naprawdę, wydarzenia wbijają w fotel. Autor sobie wszystko dokładnie przemyślał i dopiął na ostatni guzik. I co najważniejsze, jeszcze nigdy bo przeczytaniu jakiejś książki, nie cisnęło mi się tyle pytań dotyczących ludzkiej egzystencji. 

   Zapisałam sobie na kartce samoprzylepnej, żeby w tej recenzji wspomnieć o oprawie graficznej, bo gdyby nie ta piękna okładka, nie sięgnęłabym po tę książkę, ale minęłabym jak wszystkie inne na bibliotecznej półce. Naprawdę intrygująca i dająca do myślenia i doskonale zgrywająca się z fabułą. To samo tyczy się tytułu. Ciekawe nawiązanie do sytuacji bohaterów. Nic nie znaczy czy raczej niesie ze sobą mnóstwo myśli? Sprawdźcie sami!


„Czas nie płynie- czas nas okrada.Niczym zręczny kieszonkowiec albo sztukmistrz odwraca na sekundę naszą uwagę,by bezwzględnie okraść nas z tego,co najistotniejsze:z pięknych wspomnień,ulotnych chwil,ludzi.których kochamy...”

   Szczerze mówiąc, nie ma piosenki, która idealnie oddałaby klimat Kąpiąc Lwa. Jednak po dłuższych poszukiwaniach, natknęłam się na utwór Brother Matta Corby'ego. Faktycznie, fragmenty przypominały mi o książce, jednak to piosenka Monday bardziej wprowadziła mnie w ten niesamowity świat. Jestem pewna jednego, to nie było moje ostatnie spotkanie z tym autorem!