środa, 24 lutego 2016

„Cyfrowa Twierdza” - Dan Brown

Hej hej!
Nie wiem dlaczego mam taki dziwny nawyk odkładania recenzji na później. Cyfrową Twierdzę czytałam na początku września, ale postanowiłam do niej wrócić dopiero pół roku później. Jak to mówią lepiej późno niż wcale.

   Jest to pierwsza książka Dana Browna wydana w 1998 roku. Kultowy technothriller, który zachwyca i z pewnością będzie zachwycać miliony czytelników na całym świecie przez długie lata.

   Genialna Susan Fletcher, szefowa działu Krypto zostaje wezwana do siedziby Agencji Bezpieczeństwa Narodowego z powodu pewnego problemu, bowiem Agencja ta posiada Translator - potężny komputer, który jest w stanie złamać każdy szyfr w czasie kilku minut. Jednak japończyk Ensei Tankado postanawia oszukać to jakże inteligentne urządzenie, tworząc algorytm, którego nawet Translator nie może złamać. Z tego powodu nazwano go właśnie Cyfrową Twierdzą. W akcji udział bierze również narzeczony pani Fletcher - David Becker. Z całym oddziałem NSA próbują rozwiązać problem, który okazuje się bardzo niebezpieczny.

Ona jest aniołem, pomyślał. Szukał w jej oczach nieba, ale znajdował tylko śmierć.To była śmierć zaufania.

   Dan Brown ma w zwyczaju umieszczać w swoich książkach zaskakujące zakończenia, o których przeciętny człowiek nawet nie pomyślał. Z resztą nie tylko zakończenia, wszystkie wydarzenia sprawiają, że nawet nie chcę się domyślać co będzie dalej, bo po prostu wiem, że nie mam racji. To samo tyczy się całej fabuły. Niebanalna kombinacja thrilleru z matematycznymi i miłosnymi wątkami. Bohaterowie stworzeni są tak, że powstaje wiele możliwości kombinacji fabularnej... ale którą wybrał autor? ☺

   Akcja książki jest dosyć szybka, ale nie na tyle, żeby przeszkadzało to w czytaniu. Co więcej, przerywanie rozdziału w najciekawszym momencie i przechodzenie do zupełnie innego wątku czasem wychodzi na dobre. Nie brakuje oczywiście ciekawości i napięcia. Brown dostarcza tego wszystkiego powoli, małymi porcjami. nie przesadzając oczywiście z wysypaniem wszystkich możliwych emocji na papier, bo nie o to przecież chodzi. 

„Gdy się zatrudnia najlepszych, niekiedy pojawia się problem... mogą okazać się zbyt dobrzy.”

   Przeciętny czytelnik raczej nie będzie miał problemu z przeczytaniem tej pozycji. Gorzej może być z wybitnym informatykiem, szczególnie gdyby był to człowiek o słabych błędach. No cóż, Brown popełnił kilka błędów z dziedziny matematyki informatyki czy kryptologii. Pomieszał on prawdziwe fakty naukowe z własnymi „teoriami” nie do końca prawdziwymi. Plus do tego taki, że fabuła nie pozwala na skupianie się na błędach. Zwykle człowiek dowiaduje się o nich dopiero po przeczytaniu całej książki, albo jak ja, przez pisanie recenzji.

   Wcześniej wspomniałam, że fabuła jest zaskakująca i nieprzewidywalna, a bohaterowie dosyć oryginalni i intrygujący. Racja, szczególnie dla tych, którzy do tej pory nie mieli styczności z Danem Brownem. Jednak czytając inne jego książki, bez trudu można zauważyć duże podobieństwa bohaterów i wątków fabularnych. Ale spokojnie, emocje zostają te same, prawie zawsze. Bo wiadomo, większości możemy się już faktycznie domyślać i snuć teorie, które się sprawdzają. Jednak takie już jest upodobanie autora, które niestety trochę zawodzi czytelnika.

„Jeśli używasz siły, masz do czynienia z przeciwnikiem. Jeśli przekonasz go, by myślał tak jak ty, będzie twoim sprzymierzeńcem.

   Zachwycił mnie przede wszystkim spryt z jakim wszystko się dzieje. Postacie nie są banalne... w większości. Fabuła zaskakuje i ma w sobie chyba wszystko co można przypisać naprawdę dobrej książce. Błędów logistycznych raczej nie ma i czyta się tę powieść bardzo szybko i przyjemnie. Także mogę spokojnie powiedzieć, że prędzej czy później pojawią się tutaj recenzje innych książek Dana Browna.

poniedziałek, 15 lutego 2016

"Maybe Someday" Colleen Hoover

Witajcie!
Dzisiaj trochę o książce autorki dosyć znanej. Szczerze to sięgnęłam po nią zupełnie przypadkowo. Stała sobie samotnie na półce bibliotecznej i aż mi się jej szkoda zrobiło. Zaadoptowałam chwilowo i zabrałam do domu. Zaczęłam czytać bez żadnych recenzji, opisów z okładki czy rozmów z innymi czytelnikami. Wątek miłosny wpasował się do miesiąca zakochanych i z racji, że wczoraj były te piękne i opłakane Walentynki, zamieszczam tutaj tę recenzję!

    Hoover podbiła serca czytelników powieścią Hopeless. Nic dziwnego. Książka młodzieżowa, w której nie brakuje humoru i smutku. Maybe Someday również doczekało się swojej wielkiej kariery. Podziwiam w Colleen to, że z klasycznego wątku miłosnego, muzycznego, jakiekolwiek innego potrafi stworzyć coś oryginalnego przez dodanie jednej, małej rzeczy, która ma wielki wpływ na odbiór całej historii. Jednak fabuła pozostaje nadal trochę... szablonowa. Autorka, z tego co widzę, jest bardzo dobrą pisarką, chociaż nie mogę tego jednoznacznie stwierdzić, bo nie czytałam pozostałych książek Hoover, dlatego wzoruję się na tej jednej. Mam nadzieję, że z resztą jest podobnie, bo jeśli tak to z chęcią sięgnę po kolejne pozycje.

    Ridge, muzyk, gra na gitarze, tworzy niesamowite utwory. Codziennie ćwiczy na balkonie podczas gdy Sydney z mieszkania niedaleko przysłuchuje się jego twórczości i tworzy teksty do jego utworów. Nic chyba dziwnego, że się spotykają i zaczynają wspólną pracę? Jednak wtedy ich życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Colleen Hoover porusza dosyć częsty temat. Chodzi mi tutaj o zdradę, bo wokół niej głównie kręcą się wydarzenia.





Chcemy być wolni, żeby móc się kochać, ale na przeszkodzie stoją nam nieodpowiedni czas i lojalność. Oboje wiemy, czego chcemy, ale nie wiemy, jak to osiągnąć. Czy raczej: kiedy to osiągnąć.

   Dobra. Po pierwsze gdyby nie notka o ścieżce dźwiękowej stworzonej specjalnie do tej książki, nie otworzyłabym jej, ale oddałabym ją znowu do biblioteki. Spodziewałam się jakiegoś powera, a otrzymałam spokojną i relaksującą muzykę. Nie powiem, klimat był fantastyczny i świetnie pasował do książki, a teksty piosenek potrafiły mnie nawet wzruszyć.
(Oczywiście piosenka na dole posta)

   Książka jest pisana na zmianę z punktu widzenia Ridge'a i Sydney. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim i utrudniło mi to nieco ogarnianie wątku, ale da się przeżyć. Z drugiej strony czyta się bardzo szybko, bo autorka oszczędziła sobie zbędnych opisów. Trudno było mi się też przestawić na bardziej potoczny język. Poprawny, ale potoczny. Nie jest to zła cecha, ale dla mnie to kolejna nowość.

Nauczyłem się jednak, że sercu nie można nakazać, kiedy, kogo i jak ma pokochać. Serce robi, co chce. Od nas zależy najwyżej to, czy pozwolimy naszemu życiu i głowie dogonić serce.

   Fabuła jest dosyć schematyczna. Tajemniczy początek, trudne przeżycia, a na końcu piękny happy end. Jeżeli miałabym jednoznacznie stwierdzić czy poruszyła mnie od środka, odpowiedziałabym, że zdecydowanie nie. W większości wszystko było przewidywalne. Nie żałuję jednak, że to przeczytałam. Dobrze czasem wziąć się za coś luźnego.

   Szczerze mówiąc, postać Sydney również była nieco przeciętna. Nie znalazłam w niej cech wyróżniających ją na tle innych. Ridge? O Ridge'u mogę powiedzieć to samo. Całe zesteawienie bohaterów było typowe dla książek młodzieżowych. Brakowało mi tego o czym mówili mi inni, gdy rozmawiałam z nimi o tej książce. To już kwestia gustu, a jak to mówią o gustach się nie dyskutuje.

   Żeby nie było nie tylko krytykuję. Okładka bardzo mi się spodobała. Na górze w prawdzie jest wersja oryginalna, bo jest zdecydowanie ładniejsza od polskiej. Nie zmienia to faktu, że i tak oprawa graficzna jest doskonała. Spokojna i harmonijna. Może nie wyraża emocji niektórych czytelników, ale świetnie komponuje się z oprawą muzyczną i fabułą.

   Tak jak już wspomniałam, wstawiam jedną z piosenek stworzonych do tej książki. Akurat na święto zakochanych ♥


niedziela, 7 lutego 2016

"Zabić drozda" - Harper Lee


Cześć i czołem!
Od dawna ta recenzja za mną chodzi i męczy mój umysł. Muszę przyznać, że długo zabierałam się do pisania, ale kończyło się tym, że zamiast Zabić drozda recenzowałam inne książki. Więc nie przedłużając...

   Główną bohaterką i zarazem narratorką powieści jest siedmioletnia Jeane Louis zwana Skautem. Mieszka w Alabamie w hrabstwie Maycomb. Książka jest podzielona na dwie części. W pierwszej poznajemy brata Jeane - Jema, ich ojca Atticusa oraz przyjaciela Dilla. Dowiadujemy się również dużo o pozostałych mieszkańcach Maycomb, ich mentalności i poglądach. Nie brakuje też wątku grozy i tajemnicy. Tajemniczy Arthur "Boo" Radley jest dla dzieci bardzo zagadkową postacią. Pani Lee wplata w to również sytuację w Stanach Zjednoczonych w latach trzydziestych XX wieku. Wszechpanujący rasizm ogarnia ludzi, toczy się "wojna" pomiędzy białymi, a czarnymi. Druga część skupia się bardziej na sprawie murzyna, Toma Robinsona, oskarżonego o zgwałcenie białej dziewczyny Mayelli Ewell. Atticus Finch ma bronić Toma w tej właśnie sprawie.


Myślę, że jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie."

   Zabić drozda To antyrasistowska powieść, która przedstawia sprawę tolerancji w Ameryce w ubiegłym wieku. Powieść przyniosła Harper Lee ogromny sukces, a w 1961 roku została nagrodzona Pulitzerem. Pani Lee wspomina, że tworząc bohaterów, wzorowała się wątkami z własnego życia. Wiadomo, że w dzieciństwie przyjaźniła się z Trumanem Capote, autorem Śniadania u Tiffany'ego. Jego osobę umieściła w postaci Dilla.

   Nie ulega wątpliwości, że rasizm jest tutaj głównym wątkiem. Dzieciństwo bohaterów zostało przerwane przez sprawę gwałtu, tolerancji i nienawiści. Początkowo nie byłam nastawiona do tej książki pozytywnie. Co takiego siedmioletnia dziewczynka może wiedzieć o tak poważnych sprawach? Książka napisana jest w ten sposób, aby nie trudno było zauważyć, że opisywane wydarzenia to tylko wspomnienia Skaut z dzieciństwa, a opowiada ona wszystko z punktu widzenia dorosłej osoby. Prawdziwe życie poznała przez sprawę sądową i dowiedziała się, że rasizm to chyba najgorszy wynalazek ludzkości. Rzecz wymyślona przez człowieka i wymierzona przeciwko człowiekowi.

„Drozdy nic nam nie czynią poza tym, że radują nas swoim śpiewem. Nie niszczą ogrodów, nie gnieżdżą się w szopach na kukurydzę, nie robią żadnej szkody, tylko śpiewają dla nas z głębi swoich ptasich serduszek. Dlatego właśnie grzechem jest zabić drozda.”

   Skąd tytuł? Autorka wyjaśnia, że tym właśnie drozdem jest to co w człowieku najlepsze. Nic dziwnego, że grzechem to zabić i stłamsić, zostawiając człowieka pustego.

   Muszę przyznać, że wszystko jest ze sobą tak pięknie zgrane i harmonijne. Bohaterowie są bardzo oryginalni, każdy ma swoje wady i zalety, nie ma uwydatniania jednej, pięknej, albo okropnej cechy. U każdego można zauważyć i dobre i złe strony. Mamy swoich ulubieńców i wrogów, nie brakuje łez i śmiechu. Jeżeli szukacie luźnej książki na oderwanie się od rzeczywistości to generalnie odradzam, bo Zabić drozda zostaje w umyśle na długi czas.

   Miałam trochę wątpliwości co do języka. Niby nic takiego, wszystko poprawnie, a jednak czyta się dłużej niż się może wydawać. Dopiero później zauważyłam w tym dobre strony. Skupiałam się bardziej na szczegółach i przeżywałam z bohaterami wszystko wolniej i bez pośpiechu.

   Myślę, że ta książka jest skierowana do wszystkich ludzi, bez względu na płeć i poglądy. Mówi się że Lee "otworzyła Amerykanom oczy". Jak się okazuje nie tylko Amerykanom...

niedziela, 24 stycznia 2016

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Andrews



Żyjemy w świecie gdzie brakuje tolerancji. Brakuje empatii. Brakuje miłości i brakuje pieniędzy. 

Do tej pory nie miałam styczności z twórczością pani Andrews. Tak naprawdę to po Kwiaty na poddaszu sięgnęłam przez Czytelnicze wyzwanie 2016. Nie nastawiałam się na nic wstrząsającego i poruszającego. Generalnie to chciałam po prostu znaleźć, przeczytać i zapomnieć. Jednak do tej pory mam problemy z opuszczeniem mojego małego poddasza.

Kiedy człowiek przychodzi na świat nie wie co z nim będzie dalej. Choćby chciał zaplanować całe życie, nigdy nie będzie wiedzieć czy skończy jako wybitny lekarz czy z łopatą, kopiąc rowy. Z pewnością wpływ na to ma pieniądz. Wynalazek tak samo piękny jak i groźny. A nasza rodzina? Nigdy nie poznamy jej w całości, nigdy nie spojrzymy na nasze drzewo, widząc wszystkie gałęzie i liście. Nie wszystko może potoczyć się po naszej myśli, Czasem nawet nie zdążymy mrugnąć, a życie przeleci nam przed oczami. Zawsze pozostaną jakieś tajemnice.


Rodzina Dollangangerów nigdy nie miała problemu z pieniędzmi. Beztroskie dzieciństwo Cathy i Chrisa oraz szczęśliwe małżeństwo rodziców. Idealnie, prawda? A może przyjrzeć się temu bliżej? Ukochana córka codziennie dostaje prezenty od taty, syn świetnie się uczy, w drodze na świat dwoje bliźniąt. Nadal jest pięknie. Zagłębiamy się jeszcze dalej. Bliźnięta potrafią już chodzić i mówić, starsze rodzeństwo spisuje się wyśmienicie. Wzorowa rodzina, ale wystarczy jedno dmuchnięcie, by zgasić beztroski i radosny płomień. Może być coś gorszego od śmierci ojca? Śmierci kogoś kto nadawał życiu sens? A jednak... Rodzina pozostaje bez środków do życia. Matka wraz z dziećmi wraca do domu swych rodziców. "Tak! To szansa na ratunek!" jak to łatwo powiedzieć. Warunkiem odziedziczenia majątku po niezwykle bogatym ojcu, który jest bliski śmierci jest jego przebaczenie. Jednak czy tak łatwo uzyskać łaskę ojca, który wydziedziczył własną córkę? Co gorsza, nie może się dowiedzieć o swoich wnukach. Dzieci zmuszone są zamieszkać w pokoju z poddaszem, zamknięci na klucz i odcięci od świata. Ale to tylko na chwilę...

Przed przeczytaniem tej książki, nie spotkałam się nigdy z tym tytułem, ani twórczością V. C. Andrews. Nie wiedziałam na co mam się przygotować i jak na wszystko zareaguję. Teraz mogę spokojnie powiedzieć, że jeszcze żadna książka tak mną nie wstrząsnęła i nie pobudziła moich emocji. Wbrew pozorom czytałam ją długo, ponad tydzień. Z moim charakterem i zdolnością do wzruszania się przy byle czym, przebrnięcie przez tę powieść było niemal wyzwaniem roku. Ale udało się, skończyłam i mam się dobrze... no prawie.

"Miłość przychodzi nieproszona"

Kwiaty na poddaszu były wydanie kilkanaście lat temu, ale dwie pierwsze części z czasem zniknęły z księgarni, a znaleźć można było je tylko w w antykwariatach. Jednak niedawno nastąpiła ich ponowna publikacja wraz z pozostałymi tomami. Nic dziwnego, że książka wywołała spore kontrowersje. Virginia Andrews poruszyła bardzo trudny temat jakim jest kazirodztwo. Muszę przyznać, że nigdy nie miałam z tym styczności głębiej, w książkach. Pierwszy powód dlaczego powieść tak mną wstrząsnęła.

Myślę, że wypadałoby spojrzeć na to co pieniądz robi z człowiekiem. Trudno było mi sobie wyobrazić jak to jest mieć w posiadaniu linie lotnicze i banki, dom z niewyśnioną liczbą pokoi i służbą, która robi wszystko na zawołanie. A jak to jest siedzieć zamkniętym w jednym, małym pokoju z poddaszem i nie móc skorzystać z możliwości tego wielkiego pałacu.

"To właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że zyskując coś jednocześnie będę coś tracić"

Ale zostawmy temat pieniędzy. Niewyobrażalnie wstrząsnął mną obraz rodzeństwa, które spotkał taki los. Dwoje nastolatków musi zastąpić rodziców małym bliźniętom. Nikt nie może rozwijać się tak jak powinien. Nikt nie może spełniać marzeń. Babcia ustala zasady. To ona tutaj rządzi. Zabrania im wychodzić na słońce, myśleć o rzeczach, które według niej są okropne i nie powinny istnieć. Bycie "piekielnym nasieniem" ma swoje skutki, przynajmniej według babci...

Matka. Matka może oddać życie na własne dzieci i ich szczęście? Nie zawsze. Obraz Corrine dał mi dużo do myślenia. Z początku kochająca mamusia, która chce zapewnić dzieciom edukacje i utrzymanie zmienia się w potwora. Inaczej tego określić nie mogę. Z drugiej strony, mimo całej sytuacji, widziałam w niej ten ból. Ona cierpiała. Bardzo cierpiała, nie potrafiła sobie z tym poradzić i szukała pocieszenie w majątku, który miała. Nie widziała, że jej dzieci są coraz chudsze, słabsze jak i starsze oraz mądrzejsze. A może widziała? Zamknęła się sama w sobie, nie starając otworzyć na świat. Uciekała przed życiem.

"Czasami nienawidzę wszystkich - a przede wszystkim siebie! Czasami chciałabym nie żyć, bo wydaje mi się, że lepiej byłoby nam martwym niż żywcem pochowanym tutaj."

Kwiaty na poddaszu mogę teraz spokojnie nazwać jedną z najlepszych książek jakie przeczytałam w życiu i uważam, że każdy powinien poświęcić jej chociaż chwilę.

niedziela, 6 grudnia 2015

"Las zębów i rąk" + Wielki Powrót!

   Hmm... nie oszukujmy się, nie było mnie dosyć długo. Za bardzo skupiłam się na szkole. W sumie zatęskniłam za blogiem i książkami. Nie zrozumcie mnie źle, bo książki czytam nadal, ale o recenzjach mogłam zapomnieć przez minione miesiące. Nie mogę obiecać, że posty pojawią się częściej, bo nie wiem jak dalej będzie z moją szkołą i życiem prywatnym.

   Druga sprawa to już sedno tego posta. W wakacje wygrałam książkę w małym konkursie wydawnictwa Papierowy Księżyc. Las zębów i rąk doszedł do mnie wraz z pierwszym Września! Eh, dostałam jeszcze latem, piszę w Mikołajki.No właśnie! Mikołajki! Życzę wszystkim wspaniałych świąt spędzonych z rodziną, dobrego karpia i niezapomnianego sylwestra! I oczywiście więcej książek na półkach.
Nie powiem, był to świetny wybór i dziękuję wydawnictwu za tak wspaniałą okazję! Wypadałoby już przejść do recenzji. No to nie zwlekajmy!



        Tytuł oryginału: The Forest of Hands and Teeth
        Autor: Carrie Ryan
        Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
        Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
        Data wydania: 20 kwietnia 2011r.
        Liczba stron: 350



Czym jest ocean? Czy to wielki zbiornik wodny, a może marzenia, które zbierają się nam w głowie kiedy w naszym życiu jest gorzej? Mary, główna bohaterka żyje w wiosce, która jest dosyć... zacofana? Trudno to tak nazwać. Wszem i wobec oświadczyć można, że świat opanowały... zombie. Rozumiem. Zombie to nie były, na potrzeby książki zarażeni dziwną infekcją ludzie umierali i przechodzili przemianę rodząc się na nowo jako Nieuświęceni. Od początku widziałam w nich zombie. Gnijący ludzie, bo inaczej tego nazwać nie można, "żyli" w lesie odseparowani od ludzkości siatką, która pewnego dnia zostaje zerwana...


No tak, typowe prawda? Można było się tego spodziewać. Książka dostarczała wiele emocji, chociaż jest dla ludzi o mocnych nerwach. Czyli oczywiście dla mnie! Mam na myśli opisy przemian. W wielu recenzjach spotkałam się ze stwierdzeniem, że były niepotrzebne i lepiej je ominąć. No cóż, właśnie one nadawały książce dreszczyku.

Kolejna rzecz to wątek miłosny. Co by było gdyby go zabrakło? No byłoby lepiej. Przez bardzo pokręconą miłość Mary, nie można skupić się na powadze sytuacji i niebezpieczeństwie jakie panowało na świecie. Jeden kocha Mary, ona kocha drugiego... nie chcę porównywać, ale poczułam taki niesmak jak przy Zmierzchu. Chociaż nie ukrywam, były momenty urocze i wzruszające.

Cenię sobie autorkę za wyzwanie przed jakim stanęła, żeby napisać tę książkę. Brakowało mi jednak zadziorności w bohaterach. Byli przeciętni, nikt nie się nie wyróżniał tak jak tego oczekiwałam. Podobnie jak w większości książkach o tej tematyce. Nie rozumiem również wątku z jedną Nieuświęconą, która była opisana jako szybsza, silniejsza. Okej, może miało to znaczyć, że trzeba być silnym w takich sytuacjach? Nie wiem, jednak ten wątek tak jak miłosny, był tu niepotrzebny.

Język? Tutaj przyczepić się nie mogę. Przyjemnie się czytało, opisy nie zanudzały, chociaż było ich dużo. Tak jak mówiłam, przemiany opisane świetnie. Chyba to najlepsze co mogło być w tej książce. Żeby nie wyjść na taką co wszystko źle ocenia, muszę pochwalić mojego ulubionego bohatera (tak, był taki!!!), którym był pies Mary. I to jego było mi najbardziej szkoda w tej całej katastrofie zombie. Dlaczego? O tym też już wspomniałam. Bohaterowie byli zbyt przeciętni i nie czułam przywiązania i współczucia ich losowi.

Jeszcze muszę wspomnieć o oprawie graficznej. To właśnie ona w jakimś stopniu sprawiła, że chciałam tę książkę przeczytać. Z jednej strony las i zniszczenie, z drugiej ocean, który był... celem Mary. Nie wiem jak sytuacja potoczy się w kolejnych częściach trylogii, ale mam nadzieję, że będzie lepiej i to motywuje mnie to sięgnięcia po kolejny tom.

Podsumowując....
Mimo wielu wad, polecam Las zębów i rąk moim znajomym. Uważam, że czasem warto przeczytać coś luźnego i oderwać się od szarej rzeczywistości. Myślę, że pani Carrie Ryan ma w sobie "to coś", a ta książka to tylko wyjątek i reszta jest o wiele lepsza!



piątek, 14 sierpnia 2015

"Gra w kłamstwa" Sara Shepard

Gdyby nie to, że słyszałam o serii Pretty Little Liars nigdy nie sięgnęłabym po Grę w kłamstwa. Nie wiem dlaczego, ale mam w naturze taki nawyk, że gdy wszyscy polecają mi autora i jego najlepsza książkę bądź serię, ja zaczynam przygodę z pisarzem od zupełnie innych jego dzieł. Tak też było z Grą w kłamstwa. Nie przeczytałam jej dlatego, że spodobał mi się opis z okładki, tematyka mówienia prawdy czy kłamania dla uratowania życia, tajemnicy lub życia zwykłych i bogatych nastolatek... nic z tych rzeczy! Bardziej zainteresowało mnie to, ze książki Pretty Little Liars oraz The Lying Game zostały napisane na podstawie wspomnień z lat szkolnych autorki. Lubię fikcję, która ma swoje sedno w rzeczywistości. Nasza autorka jest mistrzynią w pisaniu powieści kryminalnych dla młodzieży.

   Nie znam osoby, która nie mając bliźniaka nie zastanawiałaby się jakie to uczucie. Może to fantastyczne, że istniałaby osoba taka jak my, a może to okropne, bo nie bylibyśmy już tacy nietypowi i niepowtarzalni? Emma, główna bohaterka z pewnością wybrałaby tę pierwszą opcję. Gdy była mała, mama zostawiła ją u przyjaciółki i już nie wróciła. Od tego czasu biedna tuła się z rodziny do rodziny zastępczej. Nie zaznała miłości od rodziców jaką dostało prawie każde dziecko. Pewnego dnia pojawiła się dla niej iskierka nadziei. A nawet cały płomień! Dowiedziała się o swojej bliźniaczce. Czy to nie cudowne? Po tylu latach dowiedzieć się o tym, że ma się rodzeństwo. Sutton, bo tak miała na imię, poszczęściło się bardziej niż Emmie. Zaadoptowała ją rodzina bez problemów finansowych, pokochali ją jak własną córkę. Poznała najlepsze przyjaciółki. Emma myśląc, że jest to dla niej szansa wyruszyła na spotkanie z siostrą. Nie przewidziała jednak tego, że na miejscu może nie być Sutton. Została wplątana w najtrudniejszą wersję Gry w Kłamstwa. Zmuszona Emma, musi udawać Sutton Mercer.

,,Najgorsze w byciu martwym jest to, że niczego już nie przeżyjesz.
Nigdy więcej nie pocałujesz chłopaka.
Nigdy więcej żadnych sekretów.
Nigdy więcej plotek z dziewczynami.
Chciałam dostać coś, czego nikt inny jeszcze nie otrzymał – drugie życie.
Dzięki Emmie, mojej zaginionej siostrze bliźniaczce, mam na to szansę."

   Skoro nie ma Sutton tam gdzie powinna być to gdzie jest? Przy Emmie. I to w najgłębszym znaczeniu. Tak blisko, że nikt jej nie widzi, nie słyszy i nie czuje. Jest martwa. Bez wspomnień. Widzi to co Emma, odczuwa to co ona i stopniowo odzyskuje wspomnienia. Nadchodzi chwila kiedy to Emma dowiaduje się o zamordowaniu bliźniaczki.

,,Śpij zawsze z jednym okiem otwartym. Nie daj się zwieść pozorom. Twoje najlepsze przyjaciółki mogą być twymi najgorszymi wrogami."

   Nowy sezon Gry w Kłamstwa się rozpoczął. Czas dowiedzieć się kto zabił Sutton. Emma nie może kierować się przywiązaniem siostry do niektórych osób. Zabójcą może być każdy. Od zwykłego przechodnia po członka rodziny zastępczej dziewczyny. Nie można ufać pozorom. 

,,Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas był normalny, wiesz? Wszyscy mamy jakieś mroczne sekrety."

   A jakby tak komuś powiedzieć prawdę? Kto uwierzy w bajeczkę o zaginionej siostrze? Bujdy! Pojawia się Ethan. Podejrzewa, że coś jest nie tak. Staje się jedyną godną zaufania osobą. Emma wyznaje mu całą prawdę. Jeżeli szukacie dobrego wątku miłosnego to nie martwcie się. Pani Shepard zadbała o wszystko!

   Mogłabym rzec, że nie przemawiają do mnie książki o bogatych nastolatkach, ale to jest zupełnie coś innego! Gra w kłamstwa wywraca codzienny świat do góry nogami. Pokazuje jacy są ludzie i, że tak naprawdę nie powinniśmy ufać nikomu. Tak jak już zacytowałam wcześniej "Śpij zawsze z jednym okiem otwartym. Nie daj się zwieść pozorom. Twoje najlepsze przyjaciółki mogą być twoimi największymi wrogami". Sami zdecydujcie czy dołączycie do Gry w Kłamstwa.

środa, 12 sierpnia 2015

Tożsamość Anioła - L.H. Zelman

   Cześć!
Jak mijają wam wakacje? Nie brakuje wam książek? Ja muszę się przyznać, że ostatnio bardziej zatopiłam się w serialach niż książkach. Mam na myśli American Horror Story oraz Sabat. Nie zmienia to faktu, że coś tam w przeczytałam. Bez zbędnego przedłużania przejdźmy do sedna tego postu


   Do tej pory nie lubiłam zbytnio polskich autorów. Muszę się przyznać, że gdy kupowałam tę książkę inicjały nic mi nie mówiły i sądziłam że to kolejny, zwykły, amerykański pisarz. Szukając czegoś w internecie natknęłam się na imiona Lidia Helena Zelman. "Coś mi tu zajeżdża Polską" - to były słowa, które powiedziałam od razu. Po przeczytaniu nie mogłam nadal uwierzyć, ze pani Zelman jest polką!

   Główną bohaterkę, Andreę Volton poznajemy podczas drugiego semestru uczelni, na którą uczęszcza. Mieszka w kampusie i dzieli pokój wraz z Carmen. Dziewczyny nieco się od siebie różnią. Carmen jest piękna, bogata, chłopcom miękną kolana na jej widok. Andrea zaś nie chodzi na imprezy, nie ma chłopaka ani powalającej urody. Woli skupić się na nauce. Poza szkołą pracuje w fundacji HOPE i pomaga starszym, schorowanym ludziom w domu spokojnej starości. Wydawać by się mogło, że wszystko potoczy się naturalnie, ale w pewnym momencie do życia nastolatki wkracza Kaspar Legrand. Najprzystojniejszy, wszyscy go słuchają, z klasą... nie można pominąć faktu, że rywalizuje z Andreą i miano najlepszego ucznia w szkole. Chyba nie muszę mówić że między nimi pojawia się iskra, bo co to by była za książka bez nieatrakcyjnej kujonki i nieziemskiego chłopaka. Od pierwszych stron irytowało mnie to, że dziewczyna jest tak mało asertywna i tak łatwowierna. Kaspar od razu zaczyna dawać jej znaki, że mu się podoba. Miałam odłożyć książkę, ale coś mnie tchnęło, żeby czytać dalej. I to było najlepsze co mogłam zrobić. Trochę męczyłam się czytając jak Carmen wrabia Andreę w imprezę, na której oczywiście ma być Kaspar, wielka miłość, bla bla bla! Z natury dążę do celu i jak zacznę czytać to muszę skończyć... wreszcie zaczyna się coś dziać! Carmen, jej przyjaciółka Barbs, Kaspar i paru innych znajomych zabierają Andreę na wycieczkę w góry. Tam jakby z nieba spadł tajemniczy, mroczy i demoniczny sen. Dziewczyna podejrzewa, że opętał ją demon. Jednak czy to faktycznie demon? Ciekawość Andrei prowadzi do poznania swojej prawdziwej tożsamości i powodu bycia na Ziemi. 


   Jak już wspomniałam nie podobało mi się jak szybko zaczyna iskrzyć pomiędzy Kasparem i Andreą. Rozumiem, że może być coś miłością od pierwszego wejrzenia, ale można by to w takim razie inaczej ubrać w słowa. Jednak dalszy wątek miłosny, już po wyjeździe w góry podobał mi się bardzo. Chęć poświęcenia, szczęścia drugiej połówki jest fantastyczna! Świetny był też wątek wprowadzenia czegoś typu "bad boy" i "bad girl" oraz (nie wierzę, że to mówię) kolejnego mężczyzny zakochanego po uszy w głównej bohaterce. Pamiętam jak czytając Zmierzch narzekałam jak to można napisać książkę z miłością do dwóch facetów, jeszcze taką która nic nie wnosi do naszego życia. W Tożsamości Anioła to właśnie nadało tego charakteru i emocji książce. 




   Kolejną kwestią jest dużo nawiązań do Biblii. Uważam, że to było jedno z lepszych rozwiązań w pisaniu tej książki. Mieszanie XXI wieku z czasami kiedy to anioły buntowały się Bogu i zostały strącone na Ziemię i teraz trzeba działać dalej. Również bardzo podobały mi się cytaty z innych, starszych powieści jak i samej Biblii, umiejętności Andrei cytowania najwybitniejszych pisarzy kiedy tego najbardziej potrzeba. 




   Mogłabym polecić tę książkę osobom, które szukają czegoś na wyjazd, wakacje, oderwanie na chwilę od rzeczywistości. Jeżeli szukacie czegoś życiowego, co da wam do myślenia, po czym będziecie mieli wielkiego kaca książkowego to radzę sięgnąć po coś innego.




Tyle ode mnie! Papa i wyczekujcie na kolejną recenzje! :D