Cześć i czołem!
Pewnie słyszeliście o LBA? Od dawna krąży po blogosferze więc zakładam, że tak! Ale dla tych co nie wiedzą, krótko wyjaśnię!
„Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informując je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie można nominować osoby, która nominowała Ciebie”
Nominację otrzymałam od Mileny, znanej jako Storm Wind z bloga KLIK za co bardzo jej dziękuję! ♥ Nie przedłużając, przejdę do pytań.
1. Co twoim zdaniem przyniesie największy sukces? Szczęście? Ciężka praca?
To chyba zależy od nas samych. We wszystkich lekturach szkolnych, filmach książkach, gazetach i innych tego rodzaju rozrywkach spotykamy zdanie Rób to co kochasz. Wiadomo, jeden uwielbia kopać rowy, proszę bardzo! Mimo ciężkiej fizycznej pracy odczuwa szczęście, bo robi to co lubi. Inna zaś osoba będzie interesowała się medycyną, z tym będzie wiązać swoją przyszłość. Wymaga to od niej pracy fizycznej, która też jest dosyć wyczerpująca. Nie da się jednoznacznie określić co jest potrzebne do sukcesu, bo składa się na niego wiele czynników! (Brzmi jak przepis na ciasta, prawda? :D)
2. Jak najczęściej spędzasz wolny czas?
Zaczęłabym od popularnych słów Ale ja nie mam czasu. Fakt, nauka depcze mi po piętach, kiedy tylko mogę odsypiam godziny poświęcone na siedzenie nad podręcznika, a mój umysł się wyraźnie przegrzewa. Wydawać się może, że jedynym wolnym czasem jest stanie w kolejkach, jazda środkami komunikacji miejskiej czy te chwile przed pójściem spać. Wtedy zwykle czytam książki, bo co innego mogę robić? Jednak zawsze staram się znaleźć w domu czasu, który mogę poświęcić dla siebie. Wtedy zwykle patrzę co się dzieje w świecie, oglądam telewizję lub odcinek jakiegoś serialu!
3. Jakiej muzyki słuchasz?
Moje gusta muzyczne są bardzo zróżnicowane. Często słucham piosenek z lat 80. i 90. jak i rockowych zespołów z czasów obecnych. Jestem też wielką miłośniczką muzyki Country!
4. Czy masz jakiś ulubiony zespół muzyczny? Jaki?
No to mogłabym wymieniać... na wstępie muszę wspomnieć, że uwielbiam zespół 30 seconds to mars i Green Day. Często słucham właśnie tych dawnych zespołów typu Dżem czy Perfect. Co do Country, uwielbiam słuchać Brada Paisleya, Canaana Smitha czy Rascala Flattsa.
5. Czy okładka książki wpływa na twoją ocenę całości?
Nie oszukujmy się. Pewnie większość ludzi przechadzając się po księgarni, bierze w ręce pewną książkę, bo spodobał jej się grzbiet czy okładka. Ja robię bardzo podobnie, chociaż najczęściej mam już zaplanowane co kupić czy wypożyczyć, więc ani grzbiet, ani okładka, ani opis mnie nie interesuje w chwili kupowania! A jeżeli już, to zwykle patrzę na tytuł!
6. Jaki jest twój ulubiony książkowy gatunek?
No i tu pojawiają się schody. Nie umiem określić co lubię, ale to czego nie lubię! Na pewno odrzuca mnie sci-fi. Wszystko inne dam radę pochłonąć. Ostatnio jednak najbardziej zaczytuję się w książkach obyczajowych czy dramatach, przemkną się też romanse.
7. Jaka była ostatnio przeczytana książka, która czymś cię urzekła?
Było ich bardzo dużo, ale jeśli chodzi o tę ostatnią, to jest to Pamiętnik Nicholasa Sparksa. Recenzję znajdziecie tutaj: KLIK.
8. Czy lubisz podróżować?
Czy lubię? Pffff, co to za pytanie. Jak w zakładce O mnie widać, jest to moja największa pasja! :D
9. Gdzie chcesz jechać na wakacje? Dlaczego?
To dosyć kłopotliwe pytanie. Moja pierwsza odpowiedź brzmi, że moim wakacyjnym celem są tatry, a dokładnie Biały Dunajec! Od razu mówię, nie lubię gór. Chodzi tutaj bardziej o ludzi jakich tam poznałam, bo to oni mieli znaczny wpływ na to jaką jestem teraz osobą. Ale oczywiście chciałabym odwiedzić też Chorwację! A dokładnie miasto Senj. Tam odbyła się moja pierwsza dłuższa podróż za granicę i wiele wspomnień wiążę właśnie z tym miejscem! No i oczywiście panuje tam odpowiednia temperatura dla takiego zmarźlucha jak ja!
10. Czy jest taki film, do którego często wracasz i nigdy nie masz dość? Jaki?
Oczywiście, że Wszystko za życie! To samo tyczy się książki. Szczerze mówiąc, bardzo utożsamiam się z Christopherem i gdybym miała okazję go poznać kiedy jeszcze żył, myślę, że byłoby to najbardziej niesamowite przeżycie.
Drugim takim filmem jest polska komedia Tylko mnie kochaj. No błagam! Tego nie da się nie uwielbiać!
Będę również wracać do wszystkich filmów Tima Burtona oraz do filmu Never let me go.
11. Wolisz filmy zagraniczne czy polskie?
Żyjemy w takich czasach, że niestety trudno tutaj o jakiś dobry polski film, ale zdarzają się perełki! Oczywiście większość filmów, które oglądam wyszły z rąk zagranicznych twórców, ale bardzo szanuję i kiedy tylko mogę staram się oglądać nieco polskich rzeczy!
A teraz nie pozostało mi nic innego jak nominować moich ulubieńców i zadać pytania!
Nominuję:
1. Judytę z bloga House od Readers
2. Marlenę z bloga Esencja dla duszy
3. Natalię z bloga With coffee and books
4. Arysteę i Idalię z bloga Koło anonimowych książkoholiczek
5. Sophie Salvatore z bloga Książkomania czyli recenzje Sophie
6. Justynę z bloga Livingbooksx
7. Patrycję z bloga Magia książek
8. Klaudię z bloga Cmentarz Zapomnianych Książek
9. Patrycję z bloga W krainie absurdu
10. Martę Tusię z bloga Tusia, Książki i nie tylko
11. Volusequat z bloga Volusequat
I pytania do nominowanych!
1. Czy zbyt wielka popularność książek odrzuca Cię od ich przeczytania?
2. Jakie ekranizacje okazały się lepsze od książek?
3. Jacy są Twoi ulubieni polscy pisarze?
4. Co sądzisz o ocenianiu książki po okładce?
5. Jaka była Twoja ulubiona książka w dzieciństwie?
6. Wolisz w książkach postacie męskie czy żeńskie? Dlaczego?
7. Kupujesz czy wypożyczasz książki?
8. Czytasz książki elektronicznie?
9. Od kiedy i dlaczego czytasz?
10. Ile czasu poświęcasz na czytanie?
11. Dopasowujesz różne książki do muzyki, która w jakiś sposób odzwierciedla jej klimat?
To by było na tyle! Jeszcze raz dziękuję za nominację i życzę powodzenia pozostałym molom książkowym! :D
Buziaki :*
wtorek, 5 kwietnia 2016
niedziela, 3 kwietnia 2016
„Dziewięć żyć Chloe King: Uprowadzona” Liz Braswell
Hej hej!
Pamiętacie moje wzburzenie co do pierwszej części Dziewięciu żyć Chloe King? Jeśli nie, zapraszam TUTAJ. Wspomniałam, że brak akcji i sensu był wręcz odrażający. Dosłownie jak wątróbka, która w większości wywołuje okropne uczucie, jednak książkę ratowało ostatnie pięćdziesiąt stron i to właśnie one zachęciły mnie do dalszego czytania. Czy słusznie? No cóż...
Po walce na moście Golden Gate, Chloe trafia do stada Mai, czyli ludzi takich jak ona... O ile można ich nazwać ludźmi. Jednak nawet ta kryjówka nie jest w stanie zapewnić jej odpowiedniego bezpieczeństwa. Bractwo Dziesiątego Ostrza zrobi wszystko, żeby dorwać ją w swoje ręce i zabić. Komu można zaufać?
W kolejnym tomie zostajemy wprowadzeni nieco w mitologię egipską, poznajemy boginię Bastet i Sekhmet oraz trochę tradycji Starożytnego Egiptu. Mogłabym powiedzieć, że bardzo mi się to podobało, gdyby nie wyglądało to jak przepisane żywcem z podręcznika. A zapowiadało się tak dobrze. Mam wrażenie, że autorka skupiła się bardziej na popisaniu swoją wiedzą niż zainteresowaniu czytelnika.
„Chloe nachyliła się i odwzajemniła pocałunek. Zimne szkło sprawiło, że nie mogła mu zrobić krzywdy.”
Muszę przyznać, że za czytanie zabrałam się z wielkim zapałem i chęcią. Niestety przeszło mi, kiedy do połowy nie działo się NIC. Ale, ale! Trzeba być wytrwałym, bo właśnie teraz następuje moment, który sprawia, że polecam wszystkim trylogię o nastoletniej Chloe King! Tak, dobrze słyszycie. Ja polecam wszystkim Dziewięć żyć Chloe King. Otóż, warto było przebrnąć przez nużące opisy i nic nie dające wydarzenia, żeby dotrzeć do sedna sprawy i niezwykłej akcji jaka rozgrywa się od połowy Uprowadzonej.
Druga sprawa. Bohaterowie niestety nadal pozostają szablonowi i schematyczni przez co bardzo przewidywalni i banalni. Główna bohaterka jest nadal prosta, a trójkąt miłosny jeszcze bardziej widoczny. Oczywiście kibicowałam nie temu, któremu powinnam i mam ochotę przyznać książce wielkiego minusa, ale to nie byłoby chyba sprawiedliwe. (Dla ciekawskich, Oczywiście #TeamBrian).
„- Twoje usta są dla mnie trucizną, Chloe - powiedział z uśmiechem Brian, wiedząc, jak dramatycznie to zabrzmiało. - Twoje łzy, twój język, ślina i pot mogłyby mnie zabić.”
Wielki plus za mniej wulgaryzmów! Od razu mam wrażenie, że autorka pokazała swoje piękne słownictwo. Skoro jestem przy języku, muszę przyznać kolejnego plusa za porównania do moich ukochanych Opowieści z Narnii oraz Tima Burtona. Mam na myśli opisy, prawie niezauważalne, a dodały takiego świetnego klimatu! Zwłaszcza, że czytałam Uprowadzoną zwykle w autobusie wśród ludzi, którzy chcieli zabić mnie wzrokiem.
Dzisiaj się nie rozpisuję, ale musicie wiedzieć, że jestem w dobrym humorze i naprawdę nie żałuję, że zdecydowałam się dalej kontynuować czytanie Dziewięciu żyć Chloe King. Jestem wdzięczna wydawnictwu Filia za opublikowanie książek pani Liz Braswell, a wszystkim serdecznie polecam tę serię. Mimo wielu wad, warto wytrwać do końca!
środa, 23 marca 2016
„Gwiazd naszych wina” John Green

Szesnastoletnia Hazel Grace ma raka. Oddycha przez aparat tlenowy, żyje w miarę możliwości spokojnie. Uczęszcza na spotkania klubu wsparcia dla młodych ludzi z nowotworem. To tam wszystko się zaczyna. Poznaje rok starszego Augustusa Watersa, do którego, jak można się domyślić, od razu poczuła miętę. Teraz mogłabym opisywać dalej, ale nie wiem jak... a właściwie to nie wiem co opisywać, żeby nie rzucać spoilerami na prawo i lewo.
Okay...
Kiedyś musiał nadejść ten moment.
Moment, w którym moje wszelkie nadzieje legną w gruzach...
Także witam Was w tym cudownym i (nie) wyczekiwanym poście!
Mogę się założyć, że gdyby zapytać przypadkową osobę na ulicy o Johna Greena, każdy choć trochę by coś kojarzył. Nie oszukujmy się, ostatnimi czasy ekranizacje powieści tego autora podbijają światowe kino. Może wiecie, a może nie, ja pana Greena bardzo lubię, szanuję jego dzieła i będę do nich z przyjemnością wracać. Ale czy do wszystkich utworów mam ten sam wielki sentyment? No właśnie, o tym dzisiaj chcę Wam powiedzieć.
„Wydawało się, że to było całe wieki temu, jakbyśmy przeżyli krótką, ale mimo to nieskończoną wieczność. Niektóre wieczności są większe niż inne.”
To może zacznę od początku. Spodziewałam się książki o życiu z chorobą, trudnościami losu, czegoś co naprawdę chwyci mnie za serce. Po raz kolejny potwierdza się teoria, że nie można mieć wszystkiego. Otrzymałam coś zupełnie przeciwnego. Zwykły romans z wątkiem nowotworu gdzieś z boku. Fani Gwiazd naszych wina mogliby się spierać, że jest zupełnie przeciwnie. Jednak gdyby się zastanowić, ta powieść bez tej całej nieszczęśliwej miłości byłaby o wiele lepsza. Oj nie, nie panie Zielony, zawiodłam się!
Należą się jednak też gratulacje. Autor podjął niesamowite wyzwanie wcielenia się w nastolatkę z burzą hormonów! A efekt? No... Kochani panowie! Mam nadzieję, że Wasze wyobrażenia idealnych kobiet nie są tak irytujące jak wyobrażenie pana Greena. Pomijam fakt, że w obecnych czasach większość żeńskich postaci działa mi na nerwy, a Hazel znajduje się na początkowych miejscach tej listy. To samo tyczy się Augustusa. Zbyt idealny i przez to zbyt przeciętny. Zastanawia mnie co ma na celu zestawianie ze sobą idealnych i kochanych bohaterów z paskudną chorobą, umieraniem, lekarzami, szpitalami i innymi wrednymi pasożytami żerującymi na ludzkim życiu.
„Obawiam się, że pokłada Pani wiarę w niewłaściwej osobie - ale cóż, z wiarą zazwyczaj tak już bywa.”
Bardzo rozpaczałam przez przewidywalność wydarzeń. Nie czekałam na kolejny rozdział z nadzieją, że dowiem się czegoś nowego, ale na potwierdzenie moich teorii. Oczywiście w dziewięćdziesięciu procentach miałam rację. Nie mówię tutaj o sobie jako o największym jasnowidzu, ale o tym, że do książki przypisany jest pewien schemat, który znajduje się w większości książkach gdzie bohaterowie są bardzo chorzy, zakochują się w sobie i kolokwialnie mówiąc, tak w tym wszystkim gniją.
„Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.”
Bardzo się cieszę, że wydawnictwo Bukowy Las wydaje książki Johna Greena i umożliwia wszystkim poznawanie jego twórczości. Tak, o Gwiazd naszych wina też mówię. Mimo wszystko, jest to dobra książka na jedną podróż, wieczór czy dzień w szkole. Na dłuższą metę wątpię, żeby się spisała.
wtorek, 15 marca 2016
„Dziewięć żyć Chloe King: Upadła” Liz Braswell
Cześć i czołem!
Ostatnio miałam małe kłopoty z laptopem, dlatego też przez weekend nie pojawił się tu żaden nowy post, ale za to przeczytałam kolejną książkę, o której chcę Wam dzisiaj co nieco opowiedzieć. Jednym z moich zdobyczy bibliotecznych była pozycja, którą upatrzyłam sobie już dawno temu, jednak parcia dużego niestety nie miałam. Wszechogarniająca motywacja mną zawładnęła, dlatego nie czekałam, ale od razu zabrałam się do czytania!
Chloe King była najzwyklejszą nastolatką. Miała przyjaciół, masę chłopców wokół siebie, dorywczą pracę i matkę, z którą stale się kłóciła. W dniu swoich szesnastych urodzin, orientuje się, że jest coś nie tak... nawet bardzo nie tak. Przeciętny człowiek nie może przeżyć upadku z siedemdziesięciu metrów ze zwykłym zadrapaniem na głowie. W zasadzie... nikt nie jest w stanie przeżyć upadku nawet z piętnastu metrów. Chloe staje się zwinna, szybka i silna. Czy to tylko zabawa? A może niebezpieczeństwo czai się za rogiem?
Pani Braswell ukończyła egiptologię i stąd właśnie tematyka i tytuł powieści. Jak wiadomo nie od dziś, koty w starożytnym Egipcie były czczone i najbardziej szanowane. W zasadzie to nawiązanie do mitycznej Bast, bogini macierzyństwa, radości i miłości, jak i do Basta, po prostu kota, który był świętością, zachęciło mnie do sięgnięcia akurat teraz po tę pozycję. Jak się okazało, pozory mogą mylić.
„Przechylił jej głowę i zamknął jej oczy. Następnie wytarł malutkie srebne ostrze w chusteczkę, przykucnął obok swojej ofiary i czekał. Kiedy się ocknie, zabije ją ponownie.”
Nie oszukujmy się. Akcja opisana na kartach tej książki mogła być spokojnie zawarta w dwóch rozdziałach. Eh! Akcja to złe słowo, bo prawie jej tam nie ma, Do tej pory wydawało mi się, że każdy moment powinien w jakimś stopniu rozwijać fabułę. Jak widać pomyliłam się. Trzy czwarte całej „historii” mogłabym bez zastanowienia wyrzucić, pozostawiając ostatnie pięćdziesiąt stron, które sprawiły, że odzyskałam wiarę w Dziewięć żyć Chloe King, dlatego też mam nadzieję, że nie zawiodę się na kolejnych tomach trylogii.
W wielu opiniach pozostałych czytelników, widziałam zachwyt Chloe. Widzieli w niej taką zadziorną, rozwydrzoną i na swój sposób niegrzeczną nastolatkę. Oczywiście lubię takich bohaterów. Właśnie, lubię. Ale jak tu coś lubić kiedy tego nie ma? Jeżeli poprzez pokazanie wcale nie tak wielkiego konfliktu matki z córką, autorka chciała ukazać ten cały bunt, to ja powinnam zacząć zastanawiać się nad drastycznym wzrostem złego zachowania większości młodzieży (bez obrazy dla większości młodzieży ☺).
W wielu opiniach pozostałych czytelników, widziałam zachwyt Chloe. Widzieli w niej taką zadziorną, rozwydrzoną i na swój sposób niegrzeczną nastolatkę. Oczywiście lubię takich bohaterów. Właśnie, lubię. Ale jak tu coś lubić kiedy tego nie ma? Jeżeli poprzez pokazanie wcale nie tak wielkiego konfliktu matki z córką, autorka chciała ukazać ten cały bunt, to ja powinnam zacząć zastanawiać się nad drastycznym wzrostem złego zachowania większości młodzieży (bez obrazy dla większości młodzieży ☺).
„Znaleźli się naprawdę bardzo blisko siebie. Czuła zapach jego wody toaletowej, płynu do płukania tkanin z jego ubrania, pasty do zębów, szamponu, jego skóry i oddechu.
Czuła też Domestos i Ajax, ale stsrała się o tym nie myśleć.”
Co to za książka młodzieżowa bez wątku miłosnego! Już w ciągu paru dni Chloe ma na swoim koncie trzech jakże przemiłych kawalerów, z czego jeden jest zupełnie niepotrzebny, drugi zapewne jest złym typem, który chce dopaść naszą bohaterkę, a trzeci pojawia się jako uroczy książę z bajki, mający na celu uratować swoją księżniczkę przed niebezpieczeństwem. Niestety książka skupia się tylko na spotkaniach i rozmowach, które nic nie wnoszą i może na paru pocałunkach w najdziwniejszych miejscach tylko po to, żeby się rozerwać.
Na nerwy działał mi również język jakim posługiwała się autorka. Rozumiem chęć pokazania „rozwydrzonych” nastolatków poprzez używanie przekleństw i innych dziwnych słów, ale sama nie wiem dlaczego w książkach bardzo mnie to irytuje, zwłaszcza gdy powtarza się wiele razy. Co jak co, ale jest to literatura i szacunek do niej należy zachować! Nie mówię tutaj o celowych użyciach wulgaryzmów, które nadają sens danemu fragmentowi, ale o wciskaniu niepotrzebnych słówek między wypowiedzi bohaterów. To samo tyczy się narracji. Zdecydowanie lepiej czytałoby się, gdyby była ona w formie pierwszoosobowej. Jednak ten aspekt pozostawię bez komentarza.
„Chloe usłyszała za sobą jakiś dźwięk, jakby ktoś bardzo cicho odchrząknął. Zerwała się na nogi i odwróciła, przeświadczona, że zobaczy mordercę czy inne zagrożenie.
Było gorzej. Stała za nią matka.”
Tak to już bywa, że krytyka zajmuje najwięcej miejsca w przeróżnych wypowiedziach. Nie będę mówić czy polecam Wam tę książkę czy nie. Sami powinniście zadecydować. Jednak nie chcę nikogo zniechęcać! To, że pierwszy tom trylogii nie spełnił moich wymagań, nie znaczy, że kolejne będą takie same! Trzeba być dobrej myśli i zawsze mieć motywacje!
piątek, 4 marca 2016
„Pamiętnik” Nicholas Sparks
Do twórczości Sparksa musiałam przekonywać się przez bardzo długi czas. Nie wiem czym było to spowodowane, ale romanse zwyczajnie mnie nie pociągały. Wiele razy buszowałam po bibliotece z kolejnymi książkami tego autora, jednak żadnej nawet nie zaczęłam czytać. Tym razem postarałam się bardziej zmobilizować i się udało. Teraz tego nie żałuję!
Czy o pierwszej miłości można tak łatwo zapomnieć? Czy da się ją na zawsze wyeliminować z życia? Możliwe. Jednak jeżeli jest to najpiękniejsza i najprawdziwsza miłość, można po prostu wyrzucić razem ze wszystkimi wspaniałymi wspomnieniami? W tym przypadku będzie już trudniej. Prawdziwa miłość to uczucie, które w człowieku nigdy nie zgaśnie. Czasem może być bolesne, bardzo bolesne, ale zawsze okaże się piękne.
Tytułowy pamiętnik ukazuje nam piękną historię dwojga zakochanych w sobie ludzi. Noah czyta ją starej kobiecie cierpiącej na chorobę Alzhaimera, jednocześnie wracając do najpiękniejszych lat swojej młodości. Wtedy to Allie zjawiła się w jego życiu i wywróciła je do góry nogami, już na zawsze zostawiając siebie w jego sercu.
„Kiedy człowiek się zakochuje, jego życie nieodwracalnie się zmienia i choćby nie wiedzieć jak się próbowało, to uczucie nigdy nie zniknie.”
Jeżeli zapytalibyśmy kogoś o najlepsze romanse, z pewnością usłyszelibyśmy tytuły wielu dzieł Nicholasa Sparksa. Nic dziwnego. Przez lata zasłużył sobie na tytuł króla historii miłosnych, które czarują kolejne pokolenia. Wydany w 1996 roku Pamiętnik stał się fenomenem wśród wielu czytelników i fanów romansów. Uznany za jedną z najpiękniejszych powieści o miłości ostatniego dwudziestolecia, z pewnością jeszcze przez długie lata będzie cieszyć się popularnością, a karty tej powieści zmiękną od niejednej łzy.
Noah i Allie to ludzie, którzy poznali się w młodości, jednak los chciał ich rozdzielić. Po wojnie spotykają się ponownie i tym razem uczucie rozkwita ze zdwojoną siłą. Szczerze mówiąc, nie wyróżniają się na tle większości książkowych bohaterów, ale za to ich miłość lśni oryginalnością i pięknem. Z początku fabuła wydawała mi się nieco pogmatwana, jednak wystarczyło parę stron, a nie mogłam oderwać wzroku od książki. Miałam wrażenie, że jest to luźna powieść o dwojgu ludzi, którzy są w sobie zakochani i pragną być razem bez żadnych zmartwień. Tak jak było to przewidywalne, pomyliłam się. Nie muszę chyba wspominać, że wylałam z siebie wiadro łez, a Pamiętnik pozostanie w moich sercu na bardzo długi czas?
„Zmierzch - uświadomiłem sobie wtedy - to tylko złudzenie, gdyż słońce jest albo nad horyzontem, albo za nim. A to znaczy, że dzień i noc łączy szczególna więź; nie istnieją bez siebie, ale też nie mogą istnieć równocześnie. Jak by to było - pamiętam, że pomyślałem - być zawsze razem, a mimo to nieustannie osobno? Patrząc wstecz, dostrzegam ironię losu. A ironia polega oczywiście na tym, że teraz już znam odpowiedź. Wiem, co to znaczy być dniem i nocą; zawsze razem i nieustannie osobno.”
Przeczytałam tę pozycję w 2-3 godziny. Po prostu pochłonęłam, a właściwie to ona pochłonęła mnie w całości! Poczułam to czego brakuje mi w wielu innych książkach. Każdy opis krajobrazu, pokoju, osoby czy innych bytów i przedmiotów przepełniony był masą uczuć, porównań i wspomnień. Łatwiej wtedy wyobrazić sobie rozgrywającą się scenę z większym zapałem i uśmiechem na twarzy.
W 2004 roku powstała ekranizacja tej książki. Nie miałam jeszcze okazji jej obejrzeć, ale mam nadzieję, że wzruszy mnie tak samo mocno. Jestem przekonana, że klimat panujący w Pamiętniku trudno jest przenieść na ekran, ale nie można mieć wszystkiego. Z niecierpliwością czekam na wolną chwilę kiedy to z kubkiem gorącej herbaty i stertą chusteczek zasiądę do oglądania i na nowo zachwycę się piękną historią Noaha i Allie.
„Cisza jest święta. Zbliża ludzi, gdyż tylko ci, którzy się dobrze ze sobą czują, mogą siedzieć w milczeniu.”
Gdyby w tej chwili ktoś zapytał mnie o najlepszy i niebanalny romans, na pewno odpowiedziałabym, że jest to Pamiętnik. To wielka motywacja do sięgnięcia po kolejne książki Nicholasa Sparksa. Myślę, że reszta tak samo zmusza do refleksji i przekazuje wiele wartości, a grono czytelników stale się powiększa!
środa, 24 lutego 2016
„Cyfrowa Twierdza” - Dan Brown
Hej hej!
Nie wiem dlaczego mam taki dziwny nawyk odkładania recenzji na później. Cyfrową Twierdzę czytałam na początku września, ale postanowiłam do niej wrócić dopiero pół roku później. Jak to mówią lepiej późno niż wcale.
Jest to pierwsza książka Dana Browna wydana w 1998 roku. Kultowy technothriller, który zachwyca i z pewnością będzie zachwycać miliony czytelników na całym świecie przez długie lata.
Genialna Susan Fletcher, szefowa działu Krypto zostaje wezwana do siedziby Agencji Bezpieczeństwa Narodowego z powodu pewnego problemu, bowiem Agencja ta posiada Translator - potężny komputer, który jest w stanie złamać każdy szyfr w czasie kilku minut. Jednak japończyk Ensei Tankado postanawia oszukać to jakże inteligentne urządzenie, tworząc algorytm, którego nawet Translator nie może złamać. Z tego powodu nazwano go właśnie Cyfrową Twierdzą. W akcji udział bierze również narzeczony pani Fletcher - David Becker. Z całym oddziałem NSA próbują rozwiązać problem, który okazuje się bardzo niebezpieczny.
„Ona jest aniołem, pomyślał. Szukał w jej oczach nieba, ale znajdował tylko śmierć.To była śmierć zaufania.”
Dan Brown ma w zwyczaju umieszczać w swoich książkach zaskakujące zakończenia, o których przeciętny człowiek nawet nie pomyślał. Z resztą nie tylko zakończenia, wszystkie wydarzenia sprawiają, że nawet nie chcę się domyślać co będzie dalej, bo po prostu wiem, że nie mam racji. To samo tyczy się całej fabuły. Niebanalna kombinacja thrilleru z matematycznymi i miłosnymi wątkami. Bohaterowie stworzeni są tak, że powstaje wiele możliwości kombinacji fabularnej... ale którą wybrał autor? ☺
Akcja książki jest dosyć szybka, ale nie na tyle, żeby przeszkadzało to w czytaniu. Co więcej, przerywanie rozdziału w najciekawszym momencie i przechodzenie do zupełnie innego wątku czasem wychodzi na dobre. Nie brakuje oczywiście ciekawości i napięcia. Brown dostarcza tego wszystkiego powoli, małymi porcjami. nie przesadzając oczywiście z wysypaniem wszystkich możliwych emocji na papier, bo nie o to przecież chodzi.
Przeciętny czytelnik raczej nie będzie miał problemu z przeczytaniem tej pozycji. Gorzej może być z wybitnym informatykiem, szczególnie gdyby był to człowiek o słabych błędach. No cóż, Brown popełnił kilka błędów z dziedziny matematyki informatyki czy kryptologii. Pomieszał on prawdziwe fakty naukowe z własnymi „teoriami” nie do końca prawdziwymi. Plus do tego taki, że fabuła nie pozwala na skupianie się na błędach. Zwykle człowiek dowiaduje się o nich dopiero po przeczytaniu całej książki, albo jak ja, przez pisanie recenzji.
Wcześniej wspomniałam, że fabuła jest zaskakująca i nieprzewidywalna, a bohaterowie dosyć oryginalni i intrygujący. Racja, szczególnie dla tych, którzy do tej pory nie mieli styczności z Danem Brownem. Jednak czytając inne jego książki, bez trudu można zauważyć duże podobieństwa bohaterów i wątków fabularnych. Ale spokojnie, emocje zostają te same, prawie zawsze. Bo wiadomo, większości możemy się już faktycznie domyślać i snuć teorie, które się sprawdzają. Jednak takie już jest upodobanie autora, które niestety trochę zawodzi czytelnika.
„Jeśli używasz siły, masz do czynienia z przeciwnikiem. Jeśli przekonasz go, by myślał tak jak ty, będzie twoim sprzymierzeńcem.”
Zachwycił mnie przede wszystkim spryt z jakim wszystko się dzieje. Postacie nie są banalne... w większości. Fabuła zaskakuje i ma w sobie chyba wszystko co można przypisać naprawdę dobrej książce. Błędów logistycznych raczej nie ma i czyta się tę powieść bardzo szybko i przyjemnie. Także mogę spokojnie powiedzieć, że prędzej czy później pojawią się tutaj recenzje innych książek Dana Browna.
poniedziałek, 15 lutego 2016
"Maybe Someday" Colleen Hoover
Witajcie!
Dzisiaj trochę o książce autorki dosyć znanej. Szczerze to sięgnęłam po nią zupełnie przypadkowo. Stała sobie samotnie na półce bibliotecznej i aż mi się jej szkoda zrobiło. Zaadoptowałam chwilowo i zabrałam do domu. Zaczęłam czytać bez żadnych recenzji, opisów z okładki czy rozmów z innymi czytelnikami. Wątek miłosny wpasował się do miesiąca zakochanych i z racji, że wczoraj były te piękne i opłakane Walentynki, zamieszczam tutaj tę recenzję!
Hoover podbiła serca czytelników powieścią Hopeless. Nic dziwnego. Książka młodzieżowa, w której nie brakuje humoru i smutku. Maybe Someday również doczekało się swojej wielkiej kariery. Podziwiam w Colleen to, że z klasycznego wątku miłosnego, muzycznego, jakiekolwiek innego potrafi stworzyć coś oryginalnego przez dodanie jednej, małej rzeczy, która ma wielki wpływ na odbiór całej historii. Jednak fabuła pozostaje nadal trochę... szablonowa. Autorka, z tego co widzę, jest bardzo dobrą pisarką, chociaż nie mogę tego jednoznacznie stwierdzić, bo nie czytałam pozostałych książek Hoover, dlatego wzoruję się na tej jednej. Mam nadzieję, że z resztą jest podobnie, bo jeśli tak to z chęcią sięgnę po kolejne pozycje.
Ridge, muzyk, gra na gitarze, tworzy niesamowite utwory. Codziennie ćwiczy na balkonie podczas gdy Sydney z mieszkania niedaleko przysłuchuje się jego twórczości i tworzy teksty do jego utworów. Nic chyba dziwnego, że się spotykają i zaczynają wspólną pracę? Jednak wtedy ich życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Colleen Hoover porusza dosyć częsty temat. Chodzi mi tutaj o zdradę, bo wokół niej głównie kręcą się wydarzenia.
Ridge, muzyk, gra na gitarze, tworzy niesamowite utwory. Codziennie ćwiczy na balkonie podczas gdy Sydney z mieszkania niedaleko przysłuchuje się jego twórczości i tworzy teksty do jego utworów. Nic chyba dziwnego, że się spotykają i zaczynają wspólną pracę? Jednak wtedy ich życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Colleen Hoover porusza dosyć częsty temat. Chodzi mi tutaj o zdradę, bo wokół niej głównie kręcą się wydarzenia.
„Chcemy być wolni, żeby móc się kochać, ale na przeszkodzie stoją nam nieodpowiedni czas i lojalność. Oboje wiemy, czego chcemy, ale nie wiemy, jak to osiągnąć. Czy raczej: kiedy to osiągnąć.”
Dobra. Po pierwsze gdyby nie notka o ścieżce dźwiękowej stworzonej specjalnie do tej książki, nie otworzyłabym jej, ale oddałabym ją znowu do biblioteki. Spodziewałam się jakiegoś powera, a otrzymałam spokojną i relaksującą muzykę. Nie powiem, klimat był fantastyczny i świetnie pasował do książki, a teksty piosenek potrafiły mnie nawet wzruszyć.
(Oczywiście piosenka na dole posta)
Książka jest pisana na zmianę z punktu widzenia Ridge'a i Sydney. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim i utrudniło mi to nieco ogarnianie wątku, ale da się przeżyć. Z drugiej strony czyta się bardzo szybko, bo autorka oszczędziła sobie zbędnych opisów. Trudno było mi się też przestawić na bardziej potoczny język. Poprawny, ale potoczny. Nie jest to zła cecha, ale dla mnie to kolejna nowość.
„Nauczyłem się jednak, że sercu nie można nakazać, kiedy, kogo i jak ma pokochać. Serce robi, co chce. Od nas zależy najwyżej to, czy pozwolimy naszemu życiu i głowie dogonić serce.”
Fabuła jest dosyć schematyczna. Tajemniczy początek, trudne przeżycia, a na końcu piękny happy end. Jeżeli miałabym jednoznacznie stwierdzić czy poruszyła mnie od środka, odpowiedziałabym, że zdecydowanie nie. W większości wszystko było przewidywalne. Nie żałuję jednak, że to przeczytałam. Dobrze czasem wziąć się za coś luźnego.
Szczerze mówiąc, postać Sydney również była nieco przeciętna. Nie znalazłam w niej cech wyróżniających ją na tle innych. Ridge? O Ridge'u mogę powiedzieć to samo. Całe zesteawienie bohaterów było typowe dla książek młodzieżowych. Brakowało mi tego o czym mówili mi inni, gdy rozmawiałam z nimi o tej książce. To już kwestia gustu, a jak to mówią o gustach się nie dyskutuje.
Żeby nie było nie tylko krytykuję. Okładka bardzo mi się spodobała. Na górze w prawdzie jest wersja oryginalna, bo jest zdecydowanie ładniejsza od polskiej. Nie zmienia to faktu, że i tak oprawa graficzna jest doskonała. Spokojna i harmonijna. Może nie wyraża emocji niektórych czytelników, ale świetnie komponuje się z oprawą muzyczną i fabułą.
Tak jak już wspomniałam, wstawiam jedną z piosenek stworzonych do tej książki. Akurat na święto zakochanych ♥
Subskrybuj:
Posty (Atom)





