niedziela, 18 czerwca 2017

„Kres taki byłby celem na tej ziemi Najpożądańszym. Umrzeć - zasnąć. - Zasnąć!” (Hamlet) - „Wybacz mi, Leonardzie” Matthew Quick


Hej misie!
Pewna miła mi osoba jakiś czas temu, dokładnie w walentynki sprawiła mi bardzo zadowalający mnie prezent. Książkę, pewnie domyślacie się jaką. Niestety dopiero w ostatnim czasie miałam czas, by ją w końcu przeczytać, wiecie koniec roku, oceny wystawione i te sprawy. Z autorem spotkałam się po raz pierwszy, jednak... moje oczekiwania były zupełnie inne...

Okładka książki Wybacz mi, LeonardzieW swoje osiemnaste urodziny Leonard postanawia zgolić głowę na łyso, zabić wroga, a na końcu siebie. Ciekawa wizja obchodzenia urodzin, nie sądzicie? Powiem też, że nasz bohater uwielbia hollywoodzkie filmy z Bogartem... stąd też postanawia swój wygląd i życie dostosować do standardów owej postaci. Nie powiem, jeszcze ciekawiej. Więc co takiego może siedzieć w głowie tego nietypowego nastolatka? Quick wyjaśnia wszystko i zaprasza do chaotycznego świata zdesperowanego chłopaka. A Wy... co zrobilibyście z nazistowskim pistoletem?

„Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.”

Dlaczego moje oczekiwania były zupełnie inne? Gdy zaczynałam tę książkę byłam przekonana, że to kolejna kiepska młodzieżówka, która znudzi mi się od razu i po dwóch dniach o niej zapomnę. Ale jak zdążyliście już pewnie zauważyć, jest zupełnie odwrotnie. Może i czytanie jej zajęło mi więcej czasu, ale to ze względu na to, że praktycznie go nie miałam, to jednak psychika Leonarda bardzo, ale to bardzo przypadła mi do gustu. W końcu nie natrafiłam na przerysowanego bohatera i proste oraz nic nie wnoszące wydarzenia. 

„Kurwa, ależ ja siebie nienawidzę.”

Jeśli chodzi o język, tutaj przyznaję plusa, i to wielkiego! Pomijam troszeczkę literówek w druku, da się je przeżyć, nie było ich dużo. Myślę, że uznanie należy się autorowi i jak wiadomo tłumaczowi. Odwalili kawał dobrej roboty. Jeśli przeczytacie podziękowania na końcu książki, zobaczycie ile osób, psychiatrów, psychologów i pracowników opieki społecznej musiało przeczytać tę książkę, by wyglądała ona w ten sposób jak obecnie. Dało to wiele, bo trudne tematy samobójstwa i braku akceptacji zostały przedstawione w języku codzienności. Ale spokojnie, nie jest to żadna przereklamowana powieść. więcej tu raczej nietypowych i ciekawych aspektów ludzkiego umysłu niż małostkowych nastolatek zdesperowanych na pokaz.

A bohaterowie? Co do Leonarda, nie mam zastrzeżeń, człowiek niesamowity, ciekawy i nieprzewidywalny. Charakter jest to dosyć specyficzny i domyślam się, że niektórym osobom może działać na nerwy i być sprzecznym z ich naturą i poglądami. Ale wiecie, ile ludzi tyle opinii. Jak dla mnie materiał na chwytliwego bohatera książkowego idealny. Autor nie skupił się tak bardzo na postaciach drugoplanowych, choć nie zmienia to faktu, że również mają bogatą charakterystykę. Jednak rozumiecie, Leonard to mój człowiek.

Dlaczego ludzie lubią słyszeć tylko takie pytania, na które odpowiedzieli wcześniej milion razy, a nie cierpią, kiedy zbija się ich z tropu? Ja akurat uwielbiam, gdy jakieś pytanie zbija mnie z tropu. Z ogromną radością całymi dniami rozmyślam wtedy nad możliwymi odpowiedziami. Czy są jeszcze inni ludzie, którzy lubią sobie podumać, czy też jestem kompletnym dziwakiem?

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że mam przed sobą jeden wielki wiersz. Jeśli mam być szczera, nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Możliwe, że miejscowa nietypowa budowa rozdziałów tak zadziałała? Akcja? Temat powieści? Cokolwiek to było, sprawiło, że czytanie było jeszcze przyjemniejsze.

„Raz na jakiś czas zakładam garnitur, idę na wagary i badam, jak wygląda życie dorosłego człowieka. (...) Po prostu chcę wiedzieć, czy warto w ogóle dorastać. To wszystko. Potem śledzę najżałośniej wyglądającego dorosłego, bo wiem, że pewnego dnia sam znajdę się w jego położeniu: będę najżałośniejszym dorosłym w wagonie metra. Chcę się dowiedzieć, czy zdołam to wytrzymać.”

W sumie ta tematyka nasuwa mi na myśl nieco Małego Księcia. Oczywiście jeśli chodzi o problem dorastania. Podejrzewam, że Leonard nie chciał zwyczajnie dorastać. Przecież osiemnaste urodziny to taki idealny czas, by się zabić i nigdy nie być dorosłym, nie mieć kupy obowiązków, cieszyć się z małych rzeczy, nigdy nie zaznać wielkich krzywd i katastrof... Poniekąd się z nim zgadzam. Bo kto niby chciałby dorosnąć i porzucić dziecięce wspomnienia?

„Najpierw cię ignorują, potem się z ciebie śmieją, potem cię zwalczają, potem wygrywasz.”

Zaczęłam się zastanawiać czy imię głównego bohatera nie było zaplanowane specjalnie, by pasowało do twórczości Leonarda Cohena. Bo kurczę, nie wiem jak Wy, ale ja słuchając choćby piosenki wyżej, odczuwam klimat, którym owiana jest ta powieść. Nic dodać, nic ująć.

Adios!

piątek, 14 kwietnia 2017

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton



Hej aniołki!
Były trzy podejścia. Może więcej. Każde nieudane... i co teraz będzie? I nie, nie mówię o podejściach do czytania. Choć o tym też mogłabym wspomnieć. Wiecie, to trochę dziwne, tak bardzo zaniedbać najważniejszą dla siebie rzecz. A wiecie co jeszcze? Byłam głupia tłumacząc to zaniedbanie brakiem czasu i stresem, bo przecież nic tak dobrze nie uspakaja jak kubek herbaty, książka i pisanie recenzji, która dotrze do małej lub czasem niemałej grupy ludzi. Także, apeluję do wszystkich zestresowanych i tych, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Zakładajcie blogi i piszcie... o tym, co Was pasjonuje, o tym, co sprawia Wam przyjemność i macie dość duże pojęcie w tym temacie. Pomaga, uwierzcie mi. A nic nie jest dla blogera większą frajdą niż świadomość, że możecie dzielić się swoimi zainteresowaniami w szerszym gronie odbiorców, wśród ludzi, którzy czerpią radość z czytania Waszych wypocin.
Spokojnie, nie przyszłam tu po to, by zostawiać Was z niczym.
Przyszłam tutaj oczywiście z książką!

Nie polecę tej książki wszystkim, bo zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy lubią rozbudowane intrygi rodzinne i wielkie drzewa genealogiczne. Ale myślę, że mimo wszystko tej książce należy się chwila uwagi. Na początku poznajemy historię babci Avy. Autorka wprowadza nas w niesamowity klimat powieści, perypetie miłosne i przedstawia drzewo genealogiczne całej rodziny. Brzmi ciekawie, prawda? Płynnym opisem przechodzimy do poznania matki Avy, a potem do samej głównej bohaterki. Co w niej takiego niezwykłego? Otóż, rodzi się ze skrzydłami. Ale nie, spokojnie, nie ma tutaj żadnych aniołów, to nawet nie są anielskie skrzydła. Sama nie wiem jak to nazwać... wada genetyczna? Ava żyje sobie spokojnie, dopóki nie natyka się na gościa, który ma wręcz obsesje na jej punkcie. No nie wiem jak Wy, ale ja bym zgłupiała i zamknęła się w piwnicy, uciekając przed takim niebezpiecznym psychopatą...

„I to może być sedno problemu: wszyscy boimy się siebie nawzajem, bez względu na to, czy mamy skrzydła, czy nie.”

Bałam się, że z początku będę zanudzona tą książką. Faktycznie, dla ludzi o słabych nerwach może być to męczarnia, ale szczerze mówiąc, nawet nie zauważyłam tego momentu przejścia między postaciami i wydarzeniami. Oczywiście akcja nie jest też niesamowicie jak wolna, ani zbyt szybka. Wszystko dzieje się w idealnym tempie, wystarczająco, by nadążyć i wszystko zrozumieć. A to trudna sztuka, także wielki plus!

Kojarzycie takie piękne i eleganckie klimaty dwudziestowiecznej Francji? Nie wiem jak Wy, ale ja podczas czytania czułam tę atmosferę. Uliczki, mieszkańcy, okolica... choć nie cala akcja dzieje się we Francji, książka pozostaje w takich klimatach. To samo jeśli chodzi o język. Jednak nie jest to styl, którego nie da sie zrozumieć, spokojnie, napisana powieść w naszych czasach nie stwarza problem na przeciętnego czytelnika. Lubię chwalić język i styl autorów i dobrze to widać w moich recenzjach, ale co ja pocznę, że na język zwracam największą uwagę?

Myślę, że śmierć podobna jest do otrucia albo gorączki - wyszeptałam. - To jak bycie o krok przed wszystkimi. Krok tak duży i szeroki, że dogonienie cię staje się niemożliwe, i jedyne, co możesz zrobić, to patrzeć, jak wszyscy ci, których kochasz, znikają.

Jeżeli chodzi o samą postać Avy Lavender... no cóż, wykreowana jest genialnie, dopięta na ostatni guzik, chociaż jak na mój gust, jest zbyt cichutka i grzeczniutka. Za to najbardziej przypadła mi do gustu postać matki i jak babci naszej bohaterki. Kobiety, które, zwięźle mówiąc, umiały zadbać o siebie. Spotkał je los troszeczkę ciężki, wychowywały dzieci bez mężczyzny. Nie zahaczam tu o żadne feministyczne przekonania, bo nie chcę się w to zagłębiać. Nie tu. Stwierdzam fakt bycia wytrwałym i silnym. Także jeśli chodzi o te kobiety, jestem zdecydowanie za!

Może byłaby to trwalsza, głębsza miłość: prawdziwa i stabilna istota, która mieszkałaby w tym domu, korzystała z łazienki, jadła ich jedzenie, przenikała pościel we śnie. Miłość, która pocieszałaby ją w płaczu, która zasypiałaby z klatką piersiową przyciśniętą do jej pleców.
Podsumowując, jest to książka idealna na taki dłuższy wieczór, może na wakacje. Pełna metafor i porównań, co uwielbiam. Jestem nią naprawdę mile zaskoczona i mam nadzieję, że będziecie i Wy. Spokojna, aczkolwiek budząca napięcie i niesamowicie wpływająca na emocje. Piękna historia opowiedziana w piękny sposób. Czego chcieć więcej?   

 

czwartek, 19 stycznia 2017

A co u Was? 2016...

Hej miśki!
Po pierwsze, chciałam zaznaczyć, że post ten nie będzie wyglądał jak typowe podsumowanie dnia, roku, miesiąca itp... itd.. Chcę, aby miał on charakter bardziej refleksyjny dla mnie samej. Trochę się wygadam, trochę ponarzekam, trochę się pośmieję i podsumuję.



Także, ten rok był trochę rewolucyjny, patrząc na to, jak rozwinął się przez te miesiące! Z 7 obserwatorów zrobiło się tu Was prawie 90! Może dla niektórych przez rok to małe osiągnięcie, ale ja o niczym innym nie marzyłam. Uważam to za naprawdę COŚ. Przez ten czas wiele razy uroniłam łzę od czytania komentarzy, które wzbudziły we mnie naprawdę wielką radość. Świadomość, że ktoś czyta moje wypociny i dodatkowo podobają mu się one jest najlepszym uczuciem na świecie.

Pewnie zauważyliście, że od wakacji częstotliwość pojawiania się jakichkolwiek postów na moim blogu drastycznie zmalała. Wiążę się to z tym, że straciłam zupełnie motywacje do czytania książek. Szkoła chce mnie wykończyć (tak, tak, tacy salezjanie z Łodzi) i zabiera mi każdą ostatnią chwilę, patrząc na to, że chciałabym rozwijać się teatralnie, co zabiera mi więcej czasu, spotkać się ze znajomymi, wiadomo i jeszcze ogarnąć naukę. Wiecie, nigdy tak nie miałam, że przychodząc do domu w piątek po szkole zamiast usiąść, obejrzeć serial, nadrobić zaległości książkowe, zaczynałam się uczyć i kończyłam w niedzielę wieczorem. Wiem, że to w znacznej mierze moja wina, bo w październiku zwyczajnie odpuściłam systematyczną naukę. Ale przecież mamy Nowy Rok! Postanowienia noworoczne spisane, a całe kolejne 365 dni rozplanowane. Wiem, że wszystko w tej chwili zależy ode mnie i wiem, że muszę się postarać. Ten rok stawia przede mną naprawdę wiele wyzwań. Chciałabym dostać się do wymarzonego liceum i przyzwoicie napisać egzaminy w kwietniu, co może być dosyć trudne zważywszy na moje dwójki z matematyki i fizyki. To przykre, gdy chcąc rozwijać się w jednym kierunku i uczyć się przedmiotów ścisłych, nauczyciele zamiast mnie w tym dopingować, jeszcze bardziej denerwują się, że nie mam umysłu ścisłowca. Ale nie poddaję się! Oceny nie odzwierciedlają naszej prawdziwej wiedzy i uczymy się dla siebie, nie dla nich ani po to, by zadowolić kogoś innego.  Planuję w tym roku również rozpocząć zajęcia z Pole Dance i mam nadzieję, że wszystko uda mi się rozplanować! :D

Ten czas wiążę się również oczywiście z moim ogarnięciem czterech liter i postaraniem się (podkreślam, staraniem się) dodawać posty częściej i regularniej. Blog zawsze motywował mnie do czytania i choć teraz zbytnio nie mogę się jeszcze do książek przekonać, mam w sobie mnóstwo siły i zaparcia, aby temu zapobiec... więc mam nadzieję, że będziecie wyczekiwać ze mną! :D

NAJLEPSZE KSIĄŻKI PRZECZYTANE W 2016
Okej, myślę, że nie chcę wymieniać tu niczego w punktach, ale po prostu chcę o tym wspomnieć. Jak się pewnie domyślacie, najbardziej utkwiło mi w pamięci Idź, postaw wartownika z racji, iż Zabić Drozda czytałam w 2015. Myślę, że każdy pamięta mój zachwyt nad Kwiatami na poddaszu oraz Marsjaninem. Na uwagę zasługuje tutaj również Oddam Ci słońce, Pamiętnik oraz Dziewczyna z pomarańczamiNa temat tych książek dużo wypowiadać się nie będę. Ich tytuły są odnośnikiem do danej recenzji, tam możecie poznać moje zdanie na ich temat :D.

A jeżeli chodzi o książki w 2017... nie przeczytałam jeszcze żadnej, ale w poniedziałek zaczęły mi się ferie, więc zabrałam się na początek za króciutką Tajemnicę Pani Ming, której recenzji możecie się niedługo spodziewać :D

Także, w ten sposób zaczynam! Bądźcie ze mną...
Kocham Was i dziękuję za ten rok!
Buziaki <3

niedziela, 27 listopada 2016

W miłości i przyjaźni nie ma granic, czyli „Will Grayson, Will Grayson” John Green & David Levithan


Hej miśki!
Żyjemy w czasach, gdzie widok nastoletniej matki z dzieckiem nie jest aż tak dziwny jakby się mogło wydawać. Widok dwóch kobiet czy mężczyzn trzymających się za rękę nie musi być nowością czy dziełem szatana. Doszliśmy do etapu gdy latające świnki nie byłyby dla nikogo większym zdziwieniem. Oczywiście, nie zrozumcie mnie źle, ja nikomu do łóżka ani do rozporka nie zaglądam i jeżeli mogę tak powiedzieć, mam gdzieś kto co gdzie i z kim. Miłość to miłość, która nie powinna mieć granic. Tyle.

Okładka książki Will Grayson, Will Grayson   Will Grayson jak się można spodziewać jest przeciętnym nastolatkiem, który ma grupę wspierających go przyjaciół, typowo amerykańskie życie, marzenia, wzloty i upadki. Rozumiecie? Typowe w obyczajówkach. Za to w końcu przychodzi w jego życiu czas na coś nietypowego. Otóż, pewnego dnia w niezwykłym miejscu jakim jest sexshop gdzieś w Chicago, spotyka interesującego jegomościa. Nieznajomy nazywa się Will Grayson. A to niespodzianka! Wcale się tego nie spodziewaliście, prawda? Zwłaszcza po tytule! Ach! Ja zawsze wiem jak Was zaskoczyć! No i tak nasi Willowie sobie żyją i stopniowo poznajemy ich relacje między sobą jak i innymi mieszkańcami naszej wspaniałej planety. Żeby nie było nieporozumień, wspomnienie o tolerancji we wstępie posta wcale nie wskazuje na to, że to kolejna zwykła opowieść o miłości... no dobra, to jest opowieść o miłości (ale nie tylko!), jednak nie między tymi dwoma chłopakami z okładki. Zważywszy na to, ze jeden jest gejem, a drugi sto procent hetero, trochę trudno byłoby im żyć w związku, ale spokojnie, dla spragnionych homoseksualnych przeżyć książkowych też się coś znajdzie!

„gdy coś raz się stłucze, nie da się tego z powrotem skleić. ponieważ gubią się gdzieś małe kawałeczki i krawędzie nie pasują do siebie, nawet gdyby chciały. cały kształt się zmienia.”

   Do tej książki przymierzałam się już od jej premiery. Przed nią zaczęłam nawet czytać ją po angielsku, ale coś mi nie szło, nie mogłam jej ugryźć. Na szczęście moja wspaniała biblioteka zaopatrzyła się w jeden egzemplarz, więc czym prędzej pobiegłam po Graysonów i zabrałam ich do domu. Narracja jest pierwszoosobowa, podzielona między dwoje bohaterów. Co ciekawe, wydarzenia, imiona i początki zdań z punktu widzenia Willa-geja pisane są małą literą bo jak wspominają autorzy na końcu, sam czuł się jak mała litera. Chłopak ma depresję, obwinia o swoje nieszczęścia cały świat, tylko nie siebie. Od samego początku nie przypadł mi do gustu i uwierzcie mi, powstrzymywałam się, żeby nie podrzeć książki z irytacji. Jednak nie zrozumcie mnie źle! Levithan odwalił kawał dobrej roboty tworząc tak niesamowitą postać jaką jest zdesperowany Will-gej. Mimo zdenerwowania, jego psychika bardzo mnie zaciekawiła, a cenię sobie takie nietuzinkowe postacie!

„Kompromis polega na tym, że ty robisz to, o co cię proszę, a ja robię to, co chce.”

   Jeśli chodzi o tego Willa-hetero, do niego nic nie mam. Zwykły chłopczyna , który jest tak nudny, że nie ma czym się irytować... jak i zachwycać. Ma na oku dziewczynę, która mu się podoba, przyjaciela-geja (nie, nie Willa), który jest dosyć... pewny siebie oraz kochających rodziców. Czego chcieć więcej? Mogłabym się rozpisać na jego temat, ale co ja mam mówić? Nie ma w nim nic, co przykułoby moją uwagę.

   Oczywiście nie brakuje tu Greenowego stylu, sentencji... no, po prostu tego czegoś. Lubię autora i niczym mi nie podpadł, dlatego w tej kwestii nie mam na co narzekać. Wiecie, oryginalny pomysł zrealizowany w typowo amerykański sposób. W sumie to nie miałam co do tej książki wielkich oczekiwań i spokojnie zmieściła się w swoich standardach. Luźna, lekka, ciepła i przyjemna lektura w sam raz na jeden wieczór.

„[...] masz wpływ na wybór swoich przyjaciół, masz wpływ na kształt swojego nosa, ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół.”

   No i myślę, że powinnam się wypowiedzieć. Nasz Will-gej jest gejem, co niespodzianką chyba dla nikogo nie jest. I mimo, że miłością jego życia wcale nie jest drugi Will, mogę stwierdzić, że książki tak przesiąkniętej homoseksualizmem jeszcze nie czytałam. Nie jest to wadą ani zaletą. Jak już wspomniałam wyżej, nikomu do łóżka nie zaglądam, bo to nie moja sprawa kto z kim śpi. Autorzy chcieli stworzyć coś, co będzie tępić homofobię na świecie, jednak nic nadzwyczajnego im nie wyszło.

   Will Grayson, Will Grayson to spokojna, ciepła i bardzo przyjemna lektura w sam raz na jesienny wieczór. Lubię Greena i Levithana, aczkolwiek połączenie tych tak naprawdę dwóch różnych stylów nie wyszło na dobre. Ale nie zniechęcajcie się! Polecam tę książkę wszystkim, którzy szukają jakiegoś dobrego odmóżdżacza. Nie brakuje w niej humoru... nawet można uronić trochę łez! I żeby było jasne, to wbrew pozorom nie historia o miłości czy tolerancji, to kolejna opowieść o sile przyjaźni i o tym kim są dla nas najbliżsi.

„Nie chcę się z tobą pieprzyć. Po prostu cię kocham. Od kiedy to ktoś, z kim chcesz uprawiać seks, staje się najważniejszy? Od kiedy to osoba, z którą chcesz się pieprzyć, musi być dla ciebie tą jedyną, którą kochasz?”

   A co do piosenki... szukałam czegoś co będzie typowo nastoletnie lub z tym okresem będzie się kojarzyć. Lubię Miley, a z tą piosenką wiążę wiele śmiesznych i przyjemnych wspomnień. Swoją drogą, idealnie oddaje klimat powieści.

Adios gatitos! ♥

niedziela, 13 listopada 2016

Z nimi odkryłam Amerykę... „Aż po horyzont” Morgan Matson


   Nie ulega wątpliwości, że marzeniem prawie każdego książkoholika jest niesamowita podróż w nieznane, dlatego wydaje mi się, że książki o podróżach powinny być dosyć pożądanymi pozycjami. Spragnieni przygód? Mam dla Was coś po czym nie usiedzicie w miejscu już nigdy!

Okładka książki Aż po horyzont   Amy była zwykłą nastolatką... teraz też nią jest. Zmieniło się tylko jej podejście do świata. Stara się ukrywać swoją bolesną przeszłość i żyć normalnie. Kiedy dowiaduje się, że musi odbyć podróż przez niemal całe stany, aby dotrzeć do matki czuje się lekko załamana. Rozumiecie, myśl o spędzeniu czterech dni w samochodzie z chłopakiem, którego prawie nie zna nie jest najlepszą wizją... ale czasem zdarzają się wyjątki.

 „-Moja babcia zawsze mówiła: "Głowa do góry, jutro będzie lepiej".
-A jeżeli nie będzie? - spytałam.
Walcott zaśmiał się krótko i wreszcie pozwolił mi wziąć płytę.
-Wtedy należy powiedzieć sobie to samo następnego dnia. Czyli jutro. Bo może następne jutro będzie lepsze. Skąd możesz wiedzieć? A prędzej czy później nadejdzie taki dzień, po którym jutro naprawdę będzie lepsze.”

   Zaczynałam czytanie tej książki z myślą, że natknęłam się na kolejne młodzieżowe romansidło. Oczywiście, nastawiłam się na potężną dawkę podróżniczego klimatu, o którym mogłam wszędzie przeczytać... i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że romans i z pozoru stereotypowe motywy nie powinny nikogo odrzucać, bo potem okaże się, że straciliśmy naprawdę niesamowitą książkę.

   Jeżeli chodzi o bohaterów, są dosyć przeciętni, ale nie jest to wielkim wykroczeniem, bo w tej książce naprawdę nie o to chodzi. Nie zmienia to faktu, że nie da się ich polubić. Kurczę, kończąc czytanie tej książki miałam wrażenie, że żegnam się z najbliższymi przyjaciółmi. To naprawdę wspaniała cecha.

„Kiedy z kimś się żegnamy, to jakbyśmy komuś mówili, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. To jakbyśmy się zgadzali, że to jest nasza ostatnia rozmowa. Więc jeżeli nie mówimy sobie "do widzenia", jeżeli rozmowy nie skończyliśmy, to znaczy, że będziemy musieli spotkać się znowu.”

   Styl pisania autorki nie jest nawet pisaniem. Pamiętacie jak zachwycałam się językiem Oddam Ci słońce? To teraz wyobraźcie sobie, że Aż po horyzont to litery, które są tylko śladami niesamowitej podróży. Ci co są ze mną dłużej doskonale wiedzą, że podróże to rzecz najbliższa mojemu sercu, dlatego nie trudno sobie wyobrazić jak wielki sentyment mam do tej książki. Co ciekawe, trasa podróży Amy i Rogera jest taka sama, jaką przebyła sama autorka. I wiecie co? To nadaje całej powieści niesamowitej realności... i wzbudza jeszcze większy głód podróży.

   Niesamowite jest to, ilu ciekawych rzeczy możemy się z niej dowiedzieć... Rozumiecie, do tej pory nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak oficjalny napój stanu... Ale mniejsza, nie brakuje tutaj też map, wspaniałych playlist, rachunków, jedzenia, pocztówek, magnesów. Brakuje tylko naszej walizki i czasu na podróż śladami bohaterów.

„Największych odkryć dokonują ci, którzy wcale się tego nie spodziewają. W ten sposób Kolumb odkrył Amerykę. Pinzón dotarł do Brazylii, chociaż zamierzał dopłynąć do Indii Zachodnich. Stanley przypadkiem trafił na wodospad Wiktoria. No i ty. Moje odkrycie, którego dokonałem, chociaż wcale na to nie liczyłem.”

   Najlepszą rzeczą w całej powieści jest prostota, która zazwyczaj odrzuca nas od innych pozycji. Ale tutaj nawet nie zrażajcie się tą wielką miłością, o której mówi nam opis na okładce, bo tak naprawdę jakiś wątek miłosny pojawia się trzydzieści stron przed końcem książki, a mimo wszystko, zapewniam Was, nie odczujecie zawodu. Nie ma żadnego przepychu, zbyt dużej ilości wydarzeń, Jest... idealnie!

„Per aspera ad astra (Przez ciernie do gwiazd).”

   Podsumowując, myślę że jest to obowiązkowa pozycja dla każdego czytelnika spragnionego podróży i lekkiego oderwania od tej szarej rzeczywistości. Nie wyróżnia się niczym, ale jednocześnie jest jedyna w swoim rodzaju. Niesamowicie ciepła, przyjemna oraz pełna humoru i momentów wyciskających z nas łzy. Cudeńko!

   I oczywiście piosenka! Elvis nie znalazł się tu przypadkowo. Nasi bohaterowie to w sumie jedni z największych fanów wokalisty, a dla mnie to kolejny powód, by ich kochać! Naprawdę nie brakuje tutaj cytatów z piosenek, tytułów i niesamowitego klimatu związanego z Elvisem. Raj, raj i jeszcze raz raj!

Buziaczki <3

piątek, 7 października 2016

Wróciłam... z mięsożernej dżungli. „Życie Pi” Yann Martel


   Nie da się nie zauważyć, że mimo wielu prób podtrzymania regularnego dodawania postów, ciągle znikałam na długie tygodnie. Parę razy naszła mnie nawet myśl o zamknięciu bloga. Chociaż moja aktywność była zerowa, nie łudźcie się, że o Was nie pamiętałam! Pamiętałam cały czas! Kierując się moim charakterem, doszłam do wniosku, że taką idiotką nie będę (nie obrażając nikogo) i nie pójdę na łatwiznę, także jestem tutaj i piszę Wam o książce, która w ostatnim czasie w jakiś sposób odsunęła ode mnie wszelkie zmartwienia. Mam nadzieję, że będzie tak cały czas, z każdą inną książką. 
Myślę, że mnie rozumiecie, bo przecież każdy z nas ma w swoim życiu cięższe chwile, a wtedy raczej blogowanie nie idzie nam za dobrze. A lepiej jest robić dokładnie, ale z sercem niż na odwal się, mam rację?

Okładka książki Życie Pi   Czy Wy też lubicie czasem sobie myśleć, co by było gdybyście musieli walczyć o przetrwanie w niesamowicie trudnych warunkach? Tak, ja też. A myśleliście co by było gdybyście wylądowali w szalupie ratunkowej na środku Pacyfiku, sam na sam z hieną, orangutanem, zebrą i niesamowicie niebezpiecznym tygrysem bengalskim? No... to już gorsza wizja przeżycia.
   Z takim przypadkiem spotkał się młody hindus Piscine Molitor Patel, zwany po prostu Pi. Niesamowita historia, po której mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wniosła coś do mojego życia.

„Życie jest tak piękne, że śmierć się w nim zakochała zazdrosną, zaborczą miłością, która zgarnia wszystko, co się da.”

   Pi pod względem swojego wyznania jest dosyć nietypowy. Wyznaje hinduizm, katolicyzm i islam jednocześnie, bo przecież, Bóg jest jeden, prawda? Kurczę pieczone, kolejna postać, która niesamowicie mnie zaskoczyła. Z jednej strony widziałam tyle podobieństw między mną a Patelem, a z drugiej strony czułam, że jesteśmy ogromnym przeciwieństwem. Szczerze mówiąc, były momenty, w których chciałam wejść na tę szalupę i być tam razem z Pi... i Richardem Parkerem, bo takie imię nosi tygrys

   To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale jestem przekonana, że nie ostatnie. Uwierzcie mi, opisy nie muszą być nudne, a ilość karteczek samoprzylepnych, które wykorzystałam do zaznaczania ulubionych fragmentów przewyższa wszelkie oczekiwania. Mogłabym się rozwodzić nad mądrością tej książki, ale tego nie da się ująć w paru zdaniach, to trzeba poczuć!

„Wybrać powątpiewanie jako filozofię życia to jak wybrać bezruch jako środek transportu.”

   Już na samym początku warto zapoznać się z notą od autora, która mówi o tym, że historia mogła zdarzyć się naprawdę, ponieważ, jak twierdzi Martel, usłyszał tę historię od samego Pi, a na końcu po prostu ją spisał. I wiecie co jeszcze usłyszał? Że dzięki niej uwierzy w Boga. Śmieszne, co? Ha! A powiem Wam, że właśnie nie! Bo wiecie, jest jeszcze druga wersja przygód Patela, bardziej... realna. Autor nie usłyszał od hindusa wprost powiedzianego zdania, które informuje o tym, w którą trzeba wierzyć. I tak samo jest z Bogiem. Wybór i wiara zależy tylko i wyłącznie od nas.

„Religia to nie cyrk, z nieboszczykami wyskakującymi co chwila z grobów!”

   Narracja jest oczywiście pierwszoosobowa. Spotykamy się z młodziutkim Pi, który dopiero poznaje świat, szesnastolatkiem walczącym o przetrwanie oraz starszym, doświadczonym i szczęśliwym mężczyzną, który może podzielić się naprawdę wszystkim ze swoimi dziećmi. Jego postać jest wręcz genialna, kocham każdy dialog z tej książki, każdy ciągnący się stronami opis zamieszczony w tej powieści. A wiecie co jest jeszcze genialniejsze? Postacie, których mamy nienawidzić, są tak cholernie dobrze stworzone, że nienawidzę ich bardziej niż można się tego spodziewać. (Widzicie, czasem nienawiść jest dobrą oznaką)

   Spójrzcie tylko na okładkę! Czy ona nie jest piękna? Nie wiem jak Wy, ale ja się w niej zakochałam od razu. Trudno to opisać, ale zdecydowanie wyraża wszystkie emocje jakie można odczuć podczas czytania. To trochę dziwne, ale czytając tę książkę wszystko miało kolor takie soczystej pomarańczy (swoją drogą, to określenie nie jest przypadkowe :))

„Tacy jak ja walczą, walczą, walczą do końca. Walczą, nie bacząc na koszty, na ponoszone straty, na znikome prawdopodobieństwo powodzenia. Walczą do samego końca. Nie jest to kwestia odwagi, ale cecha organiczna, niezdolność do zaniechania. A być może tylko zwykła, głupia żądza życia.”

   Wbrew pozorom, większość wydarzeń rozgrywa się tylko i wyłącznie w szalupie ratunkowej. Za mało akcji? PHI! Chyba śnicie! Fabuła wcale nie jest statyczna i możecie mi wierzyć, nie znudzicie się ani przez chwilę. A z drugiej strony, nawet nie o akcję tu chodzi. Bo co jak co, ale ta historia nie ma na celu dostarczenia nam tylko i wyłącznie rozrywki z niesamowicie wartkiej akcji. Chcecie wiedzieć czego? Kurczę... to zapraszam do lektury!

   No, dosyć tego główkowania! Wiadome jest to, że książka ta przekazuje wiele rzeczy, ale nie o tym przecież chcę ciągle nawijać. Powiem szczerze, że tu następuję ten moment, w którym nie wiem co mam powiedzieć. Cokolwiek dodam, może być uznane jako spoiler, cokolwiek powiem z własnych odczuć, zabiorę Wam możliwość samodzielnego zapoznania się z książką i wniknięcia w jej świat. Nie potrafię powiedzieć niczego więcej. Po prostu, przeczytajcie „Życie Pi”.

„Jeśli my, obywatele nie będziemy wspierać naszych artystów, złożymy naszą wyobraźnię na ołtarzu topornego realizmu, a to oznacza utratę wiary i pogrążenie się w jałowych snach”

   Ach! Oczywiście! Piosenka! Powiem Wam, że Vellai Pookal znalazłam pewnego dnia na YoutTubie i jak się okazało, jest to soundtrack z filmu, którego nazwy wymówić nie potrafię (Nie przetłumaczono go na polski). Nie mam pojęcia o czym jest ta piosenka, bo nie mam w głowie indyjskiego słownika, ale jedno jest pewne. Towarzyszyła mi cały czas podczas czytania o zmaganiach Pi i za każdym razem, gdy ją słyszę, przed oczami stają mi te niesamowite obrazy... sami rozumiecie, naprawdę piękna!

   I znowu przerwa, ale wakacje minęły a mój zapał do czytania powrócił... także chyba nie ma się co martwić :)
Adios!

piątek, 2 września 2016

Beatlesi ogarniają mój książkowy umysł... czyli recenzja „Oddam ci słońce” Jandy Nelson


   Nosz jasna choinka!
   Co tu się porobiło?
   Wchodzę na bloggera i poczułam się jakbym była tutaj pierwszy raz...
   Święta Petronelo, ja i te moje przerwy!
   Ale muszę się Wam pochwalić! Przeczytałam książkę!
   Wow! Laura przeczytała książkę, szok, prawda?

          Okładka książki Oddam ci słońce Znalezione obrazy dla zapytania oddam ci słońce okładka

   Poznajcie Jude! Moją bratnią duszę, jedną z najlepszych postaci na jakie natknęłam się w książkach! W prawdzie ja nie jestem taka przesądna jak ona, ale kurczę... wiecie jak to jest, gdy ktoś robi to co wy byście zrobili na jego miejscu? No właśnie! Także, oto Jude, odważna, zakręcona i zbuntowana... no... kiedyś przyjaciela miała w swoim bracie.
   
Hej Noah, przywitaj się! Kurczę, co temu chłopakowi siedzi w głowie? Artysta z niesamowitym talentem plastycznym, którego bardzo trudno rozgryźć. Bywa irytujący... aczkolwiek ciepło się robi na sercu, gdy tylko wspomni się to imię... Co gdyby takich wrażliwych ludzi było więcej? O kurka wodna! A, własnie, Noah, co się stało, że kontakt z siostrą się zniszczył?

   „Kiedy spotykasz pokrewną duszę, to tak jakbyś wszedł do domu, w którym już kiedyś byłeś - rozpoznajesz meble, obrazy na ścianach, książki na półkach, zawartość szuflad: znalazłbyś tam drogę nawet po ciemku.”

   Zdążyłam właśnie odłożyć tę książkę na półkę. To było coś! Niczym muzeum sztuki na wyciągnięcie ręki. Nieźle, prawda? Bo wyobraźcie sobie Picasso tworzącego słowami zamiast pędzlem. Wtedy już nie nazywałby się Pablo Picasso, ale Jandy Nelson. Z czymś takim się jeszcze nigdy nie spotkałam. Z taką umiejętnością władania językiem i słowami tak prostymi, które tworzą najpiękniejszy i najbogatszy w szczegóły obraz. Coś co trafia do każdego, zostawiając pełno kolorowych wariacji w umyśle. Metafora nie jest tutaj dobrym określeniem. Jest zbyt prosta i szara. Można ją nazwać motylem, którego skrzydła potrafią wzburzyć ocean w każdym człowieku, poruszyć gałęzie drzew i obudzić nasze prywatne słońce, które będzie nam oświetlać myśli i wybory podejmowane na drodze do celu.

„To było zarazem dobre i złe. Miłość buduje i niszczy. Tak samo uparcie daje radość i łamie serce.”

   Kim są w ogóle bliźnięta? Tak, tak, oczywiście, to Noah i Jude. Ale zastanówcie się głębiej nad tym słowem. Czy to tylko niesamowicie podobne rysy twarzy, oczy, włosy, nos, sposób chodzenia, czy może ten sam sposób myślenia, podejmowanie takich samych decyzji. A może jest wręcz przeciwnie? Może bliźnięta są jak ogień i woda? Jak odbicie w krzywym zwierciadle? Powiem jedno, Noah i Jude można zakwalifikować do każdej tej kategorii. Z taką mieszanką wybuchową nie spotkaliście się nawet na lekcjach chemii!

   Oczywiście mamy tutaj styczność z narracją dwuosobową. Zapewne nie raz spotkaliście się z rozprawą sądową, w telewizji, na żywo... każdy ma swoją wersję wydarzeń, prawda? Jedna jest prawdziwa, a druga aż ocieka kłamstwem i fałszem. Zdarza się również, że z pozoru dwa inne zeznania są prawdziwe. I jak się pewnie domyślacie, ostatnia opcja dotyczy naszych bohaterów. Myślę sobie, że Jandy Nelson mogłaby pisać kryminały!

„Albo pływasz, albo toniesz, takie jest życie.”

   Noah to młody gej o niesamowitym talencie artystycznym, którego marzeniem jest dostanie się do szkoły plastycznej. Powiem szczerze, że nie pamiętam kiedy spotkałam się z tak dobrze rozrysowaną postacią. Tak dobrze, że w pewnym momencie miałam go dość. Nie sugerujcie się akurat tym, bo to po prostu moje zdanie co do ogólnego charakteru ludzi, do których należy właśnie Noah. Pani Nelson należą się gratulację za potraktowanie homoseksualizmu jako coś najzwyczajniejszego w świecie, bo niestety mało jest takich ludzi. A mnie denerwuje robienie afery z miłości jak każda inna!
   A Jude? Super dziewczyna! Czuję, że gdybym spotkała ją w prawdziwym życiu nadawałybyśmy na wspólnych falach. Niesamowicie wykreowana postać, której nie potrafię nie lubić. Dlatego, Jude, uwielbiam Cię! 


„Posłuchaj mnie. Trzeba dużo odwagi, żeby być uczciwym wobec siebie, wobec własnego serca. Zawsze byłeś bardzo odważny i modlę się, żeby ciągle tak było. Jesteś za to odpowiedzialny, Noah, pamiętaj.”

   Oddam ci słońce to opowieść o relacjach między rodzeństwem i rodzicami, działającymi w każdą stronę. Historia o miłości, poświęceniu i zaufaniu oraz podejmowaniu w życiu ważnych decyzji, Jest to jedna z naprawdę niewielu książek, którą na Lubimy Czytać oceniłam 10/10... więc musi być coś na rzeczy. Po prostu to przeczytajcie!

   Okej, piosenka była dla mnie oczywista od początku. Wiedziałam, że muszą to być Beatlesi i wiedziałam, że muszę umieścić tutaj piosenkę Hey, Jude. Sama nie wiem, teraz, gdy jej słucham, mam przed oczami Noah, jego siostrę i ich wspólną i niezwykle bogatą w barwy historię.

I TAK TEMATYCZNIE, POSTANOWIŁAM POKOLOROWAĆ SWOJE PAPLANIE!